Creatio Fantastica

Creatio Fantastica # 26

Creatio Fantastica XXVI

Bez wstępu. Oby do rzeczy.



Książka o pięknym tytule

 

Czasami jest tak, że okładka przyciągnie. Częściej jednak po prostu znam autora, więc wiem, czy książkę do ręki warto brać, czy nie bardzo. Czasem zdarza się, że tytuł ma w sobie tyle uroku, że nie mogę odpuścić przeczytania tej pozycji.

 

Dokładnie tak było w przypadku powieści Mariusza Kaszyńskiego Skarb w glinianym naczyniu.Okładka – przyznać trzeba – nijaka, a wrażenie to wzrasta po przeczytaniu książki, bo w żaden sposób tej ilustracji (bez nadinterpretowania) do akcji odnieść się nie da. Autor zupełnie mi nieznany (Nowej Fantastyki nie czytam, choć nie chodzi o programy i konkurencyjność). Ten tytuł! Poprzysiągłem, że jeśli zepsuje, suchej nitki nie zostawię, zniszczę, zjadę i nie sięgnę nigdy po fantastykę polską młodego autora.

 

Rys fabularny

 

Bohaterem powieści jest nastoletni Tomek Kulicki, który z dużego miasta trafia do malutkiej Dębiej Góry, z powodu problemów finansowych rodziców. Jego ojciec, Darek Kulicki, pochodzi z tej miejscowości. Tu chłopak zaprzyjaźnia się z Bartkiem Wójcikiem i Wiktorem Smolarczykiem i w tym składzie zawsze wyruszają na swoje wyprawy, by znaleźć szczeniaka Anety Trzcińskiej lub pomóc w poszukiwaniach Dominiki Ostrzyk... Przy tym, mimo kategorycznego zakazu zbliżania się do lasu, gdzie czai się coś, co powraca co dwadzieścia lat, pałając żądzą zemsty, kilkakroć się w nim pojawiają, co spowoduje zaginięcie Wiktora Smolarczyka. Następny na liście jest Tomek Kulicki.

 

 

 

 

 

Skarb w glinianym naczyniu - okładka

 

Pierwszy rzut oka

 

 

Tak, mnie też zastanowiła przedziwna maniera autora. Mimo że żadne imię w powieści się nie powtarza (wyjątkowo może dwa-trzy razy), Kaszyński z uporem maniaka pisze o bohaterach z imienia i nazwiska. Obojętne, czy mówią do siebie, czy mówi o nich narrator – wszyscy precyzują, że chodzi o Włodka Chrzanowskiego, choć żaden inny Włodek w powieści nie występuje, a i ten pojawia się na kartach powieści tylko po to, by umrzeć już na dziewiętnastej stronie. Rozumiem, że nazwiska są potrzebne, bo okazuje się, że zjawa mści się na kilku rodzinach. Autor napisał to wprost na końcu powieści, być może zorientował się, że maniera pisania o postaci imieniem i nazwiskiem bynajmniej nie pomaga w odkryciu „przebiegłej” intrygi.

 

To odkrywanie zresztą momentami przypomina niezbyt wysokobudżetowy film kryminalny: czytelnik wie i nie może się doczekać, żeby wreszcie tę prostą prawdę odkryły postaci z powieści. Wynika to przede wszystkim z nie do końca przemyślanej narracji – trzecioosobowa wymusza na autorze ogromną dyscyplinę w dawkowaniu informacji. Kaszyński jeszcze nie posiadł tej umiejętności, przez to wielokroć spotykamy się tu z powtórzeniami nie tylko opisów (stara kobieta w sukni pojawia się kilkanaście razy), ale i sytuacji (śmierć na drodze wyjazdowej z miasta), które nie popychają akcji do przodu, a po prostu ją rozwlekają.

 

 

 

Drugie spojrzenie

 

 

Będę czytał polską fantastykę. Wbrew pozorom z poprzedniej części – powieść mi się podobała. Moja Żona, pracująca w domu jako standardowy czytelnik (znaczy: typowy człowiek z księgarni), prostujący moje filologiczne zboczenia, również wypowiedziała się o książce pozytywnie.

 

Akcja idzie do przodu dość szybko, choć czasem wydaje się, że autor naczytał się taniej sensacji, skracając podrozdziały nie tam, gdzie powinny być krótkie, bo szybko się dzieje.

 

Kaszyński umie zaintrygować mimo irytującego niedookreślania „czegoś”, co morduje mieszkańców Dębiej Góry. Mimo powtarzanego jak mantra „czucia czegoś złego”, potrafi czytelnika uwieść na tyle, że ten przewróci następną stronę. A nawet – mimo nieco naiwnego zakończenia – jest w stanie spowodować, że czytelnik ocenia książkę pozytywnie dzięki zawartym w niej informacjom z dziedziny z etnografii. Mimo technicznego wykształcenia Kaszyńskiego widać jego dużą wiedzę historyczną, szczególnie w zakresie kultury i obrzędów Słowian. Opowieści księdza Mateusza lub Baby (jedyne postaci bez nazwisk) urzekają, wciągają i są bardzo mocną stroną dzieła.

 

Najmocniejszym punktem książki jest historia, którą ma do opowiedzenia autor. Z początku wygląda ona jak tani horror, momentami się dłuży, a jednak w ostatecznym rozrachunku urzeka swoją oryginalnością – o ile o takiej możemy mówić w gatunku, w którym się poruszamy.

 

 

Szerszy punkt widzenia

 

 

Książkę polecam jako świetną pozycję do tramwaju, autobusu, pociągu. Nie jest to arcydzieło, do którego będziemy wracać na okrągło, wyszukiwać fragmenty i potem cytować. Skarb w glinianym naczyniu to po prostu dobra fabuła, którą szybko się czyta. Widać, że autor musi jeszcze popracować nad warsztatem, lecz tu problem jest szerszy – bo w Polsce wciąż brakuje redaktorów pracujących z pisarzem, tłumaczących błędy i poprawiających tak długo, aż tekst zmienia się w porządnie napisaną powieść.

 

 

 

Nie jest to zarzut tylko do Kaszyńskiego. Właściwie – w ogóle nie do niego.

 

 

Andrzej Świech

 


 

Mariusz Kaszyński, Skarb w glinianym naczyniu

 

Agencja Wydawnicza Runa, 2008

 

ISBN: 978-83-89595-41-6