Creatio Fantastica # 26
Creatio Fantastica XXVI
Bez wstępu. Oby do rzeczy.
Pobudka?
Jestem przyzwyczajony do pewnego schematu, który – moim zdaniem – powinien obejmować w zasadzie wszystkich twórców, nie tylko fantastycznych: zanim z dumą i nadzieją wyślesz swoją pierwszą powieść do wydawcy, postaraj się przynajmniej zadebiutować krótką formą na łamach jakiegoś czasopisma. Dzięki temu możesz uniknąć wielu rozczarowań, jak również wyrobić sobie nazwisko wśród Twych odbiorców. Znacznie mniej osób kupi dzieło anonimowego debiutanta niż choćby takiego, o którym gdzieś, kiedyś słyszano.
O Piotrze Patykiewiczu, mimo że to człowiek o dość charakterystycznym, łatwym do zapamiętania nazwisku, usłyszałem przy okazji jego pierwszej powieści, czyli Złym brzegu, i miałem go za kolejnego wziętego nie wiadomo skąd twórcę, który wyda jedno dzieło, a potem zniknie i nikt o nim więcej nie usłyszy. Dla potrzeb pisania tej recenzji poszperałem w sieci i okazało się, że debiutował jednak znacznie wcześniej, bo w roku 1996 – akurat wtedy, gdy moja miłość do fantastyki przeżywała poważny kryzys. W każdym razie złożyło się tak, że przed zapoznaniem się z Wąską ścieżką czarownicy z dotychczasowego dorobku autora poznałem tylko Infernalizację zamieszczoną w Science-Fiction, Fantasy i Horror sprzed około roku.
Po Złym brzegu pojawiła się druga powieść, trzecia, które zebrały całkiem niezłe recenzje – a potem wręczono mi czwartą i stwierdziłem, że trzeba wreszcie sprawdzić, kto zacz.
Jeśli po przeczytaniu powyższych akapitów większość czytelników spodziewała się, że teraz rozpocznę swój osobisty pean na cześć autora, którego wielkim fanem zostałem, to muszę stwierdzić, że się mylili.

Trudno mi bowiem ogarnąć zamysł Piotra Patykiewicza – czy chciał stworzyć klasyczną powieść grozy, czy może coś w rodzaju alternatywnego fantasy, czy wreszcie zamarzyło mu się coś głębszego, poważniejszego, umieszczającego horror i grozę nie w wydarzeniach nadnaturalnych, ale w ludzkich działaniach? Dzieło zawiera elementy każdej konwencji, co powoduje, że ma się wrażenie obcowania z niekompatybilnymi fragmentami tej samej historii. Autor rwie wątki i przeskakuje od jednego bohatera do drugiego (albo do grupy) po to, by utrzymać stale u czytelnika nastrój niesamowitości i napięcia. Sceny straszne, groza, czasem makabra następują tu w zasadzie jedna po drugiej, bez dania czytelnikowi chwili ukojenia, a z drugiej strony wszystko rozgrywane jest w powolnym, nieco hipnotycznym rytmie.
Mamy tu w rzeczywistości do czynienia z dwiema opowieściami – o nastoletniej, acz bardzo dojrzałej, czarownicy Marylce oraz o działalności Szefa, jego samozwańczego oddziału partyzanckiego i ich przeciwnika, niejakiego Wickla. Obie posiadają kilka kulminacji i w zasadzie po każdej z nich mógłby nastąpić koniec – tomu, rozdziału albo po prostu samodzielnego opowiadania. Zapewne pod wpływem pisarstwa Stephena Kinga autor zdecydował się na zmieszczenie całości w jednym tomie – na szczęście nie takiej cegle, jak niektóre powieści Mistrza.
Oczywiście, akcja jest podzielona na rozdziały, zgodne z chronologią. Oczywiście, mamy wyraźne zakończenie. I może to tylko ja mam wrażenie, że cała ta szamotanina poszczególnych postaci ku niczemu nie zmierza.
Wydaje mi się, że autor popełnił tutaj błąd, na który pozwolił sobie Jarosław Moździoch pisząc Maskę Luny – nie zadziałało zderzenie anachronicznych ludowych wierzeń i legend z współczesną, technologiczną rzeczywistością. Mająca zapewne w zamierzeniu Patykiewicza łączyć oba światy Marylka pozbywa się z chwilą powrotu do ojca całego bagażu miejskich doświadczeń, naleciałości i zachowań, a po zapadłej górskiej wsi zupełnie nie widać połowy XX wieku. Za atakujących miejscowość z użyciem najnowszych technologii Niemców można podstawić dowolny inny naród, nie tylko ten realny, choć autor stara się sprawę maksymalnie uprawdopodobnić i zarazem skomplikować, za sterami jednego z czołgów sadzając Ślązaka. Magia zwycięża bez wysiłku, unosząc jeźdźców w powietrze i pozwalając im strącić kilka kluczy wrogich samolotów. Gdyby pozostawić w powieści tylko ten wątek i nieco zmienić scenerię, otrzymalibyśmy przygody Gala Asterixa, tylko zupełnie pozbawione humoru znanego z pierwowzoru.
Momentami z kolei ma się wrażenie, że Patykiewicz postanowił sprawdzić, jak pisałoby się dark fantasy z użyciem rekwizytów odmiennych od standardowych. Spotykamy całą galerię postaci w najlepszym razie mocno dwuznacznych moralnie, walczących o jakieś mgliste, nie do końca zrozumiałe cele, postaci wartych uwagi, bo ciekawie nakreślonych, które jednocześnie traktowane są przez narratora jak pionki na szachownicy. Światło opowieści wydobywa ich z mroku na krótką chwilę, potem porzuca, za jakiś czas nagle do nich wraca – przed naszymi oczyma pojawiają się fragmenty rozpoczynanych lub właśnie trwających kombinacji, które czasem nie mają swojego końca, a czasem prowadzą do zupełnie nieoczekiwanych rozwiązań.
Nie byłoby to nic złego, wręcz przeciwnie, taka konstrukcja może zwiastować coś bliskiego ideałowi, albo przełomowego dla gatunku. Czegoś jednak całej tej historii brakuje, a tym ważnym czynnikiem jest prawdopodobnie umiejętność splatania wątków, o której już była mowa wyżej.
Być może chodzi też o to, że autor nie bardzo ma pomysł na to, jak wykorzystać wprowadzone już magiczne rekwizyty i postacie. Niewiele zdradza z ich działań, większość wydarzeń (nawet takich, które mogłyby uchodzić za kulminacyjne) traktując bardzo zdawkowo, pozostawiając je poza obszarem zainteresowania czytelnika i postaci. Zgadzam się co prawda, że większa groza tkwi w tym, co nie zostało pokazane i opisane, w tym, czego czytelnik lub widz musi się sam domyślić, ale Patykiewicz zdecydowanie przesadza.
Osoba bardziej zainteresowana religią mogłaby zauważyć, że pewnie warto byłoby poprowadzić nieco inaczej konfrontację moralności i wiary chrześcijańskiej (zwłaszcza reprezentowanej przez księdza „do zadań specjalnych”, celowo wysłanego na parafię znaną z „alternatywnych” form pobożności) z ludowym wielobóstwem. Tymczasem obie religie zostają sprowadzone do „myślenia magicznego”, w którym mocą obdarzone zostały wizerunki bóstw lub przedmioty im poświęcone.
Zatem po prostu szkoda, że, mając do dyspozycji taką klasykę polskich legend jak Śpiący Rycerze, tak ciekawe postacie i scenerię, Piotr Patykiewicz zatrzymywał się wpół drogi idąc po kolei w każdym z możliwych kierunków. W rezultacie powieść przypomina wymienioną wielokrotnie na jej kartach figurkę Boleściwej (Matki Boskiej, dodajmy na wszelki wypadek), ale już po tym, jak ją wykorzystano, wydobyto jej zawartość i odnowiono. Niby to wciąż dzieło o wartości artystycznej, ale jednak puste w środku.
Sławomir Spasiewicz
Piotr Patykiewicz, Wąska ścieżka czarownicy
wydawnictwo SuperNowa, 2008
ISBN: 978-83-7578-009-3












