Creatio Fantastica

Creatio Fantastica # 26

Creatio Fantastica XXVI

Bez wstępu. Oby do rzeczy.



Nowa Europa, te same problemy

 

Krzysztof Piskorski swoją najnowszą książką wpędził mnie w kłopoty. Muszę napisać recenzję z powieści, której przeczytałem ledwie połowę – nie da się ukryć, że Zadra została dość sztucznie rozbita na dwie części, o ile wiem, między innymi dlatego, że w innym wypadku dostalibyśmy do rąk solidne tomiszcze. Czytelnik polskiej fantastyki po zapoznaniu się (oby) z ponad 1000 stronami Lodu Jacka Dukaja nie wyrósł widocznie z przekonania, że dzieło utrzymane w tej konwencji powinno mieć około 300 stron i to takich, żeby się szybko czytało. Zapewne o sprawie decydują też względy finansowe – nie przypominam sobie, by Runa wydała jakąkolwiek książkę w twardej oprawie, która byłaby wskazana w wypadku wydania całości Zadry w jednym tomie. Nawet dyktująca warunki Fabryka Słów robi to tylko pod warunkiem, że drukowana pozycja już stała się bestsellerem.


W każdym razie, jest jak jest – nie jest zadaniem recenzenta zastanawianie się nad ekonomicznymi aspektami wydawania książek. Interesuje mnie tylko – i aż – to, bym mógł tym, którzy czytają te słowa, powiedzieć, że dobrze spędziłem czas czytając.


Od strony redakcyjnej nie miałbym nic do zarzucenia (przyzwyczaiłem się już do tego, że w każdej polskiej książce znajdą się jakieś literówki), gdyby nie ten jeden, w sumie uroczy i pewnie dający się wytłumaczyć realiami tamtego świata, błąd, zupełnie nieistotny dla akcji – otóż wybuch pocisku armatniego urywa pewnemu nieszczęsnemu rumakowi obie nogi. Ponieważ nic nie wskazuje na to, by ów świat w jakikolwiek sposób różnił się od naszego (poza oczywiście elementami fantastycznymi istotnymi dla akcji), pozwolę sobie o tym wypadku przy pracy redaktora wspomnieć, licząc, że nie sprowokuje to nikogo do stwierdzenia, iż celowo staram się pozbawić Pawła Piskorskiego zysków ze sprzedaży jego dzieła.


Gdybym miał możliwość porozmawiania z autorem teraz, po przeczytaniu ponad 370 stron z jego powieści, zadałbym mu zapewne najpierw proste pytanie – o co chodzi w tytule? Po połowie utworu nie jestem w stanie określić, co lub kto może być ową zadrą. Oczywiście, mam swoje typy – być może chodzi o działalność Maurice'a Dalmonta, jednego z trojga głównych bohaterów książki, może też – bardziej patriotycznie – o sytuację Polaków w tym alternatywnym XIX wieku?
 

Zadra tom 1 - okładka

 

Piskorski miał tego pecha, że w Polsce niedawno wydano dwie książki, w której wszystko kręci się wokół etheru. Nie czytałem żadnej z powieści Iana MacLeoda, dlatego nie będę zbytnio rozwijał tu tego wątku – wydaje się jednak, że w dziełach Anglika ta substancja powoduje rozwój sztuk magicznych, stopując postęp technologiczny, podczas gdy u rodzimego autora odkrycia dokonano na gruncie nauki i traktuje się ether jako jedną z form energii, opisywaną za pomocą praw fizyki, które współczesna nauka usiłuje dopiero odkryć.
 

Powieść jest swoistym hołdem dla dzieł Juliusza Verne'a, aczkolwiek nie można zapomnieć, iż w Zadrze znajdziemy wątki, których ów twórca nie traktował poważnie – jeśli w ogóle do nich nawiązywał. A mowa tu o elementach irracjonalnych, przynależących raczej do fantasy czy horroru. Umieszczenie ich w fabule pozwala klasyfikować tekst raczej jako pastisz gatunku stworzonego przez Francuza niż proste naśladownictwo. Ludy Nowej Europy posługują się realnymi umiejętnościami magicznymi (o czym na razie się zaledwie wspomina, ale zapewne odegrają one niejaką rolę w tomie drugim), warto też pamiętać o spacerujących po ulicach Petersburga ożywieńcach idealnie wykonujących rozkazy swych panów (rzecz ciekawa, że armia Napoleona tocząc walną bitwę z połączonymi siłami prusko-rosyjskimi walczy jednak z żywymi żołnierzami, choć oczyma francuskiego szpiega widzieliśmy, jak na Drugą Stronę wywozi się setki, jeśli nie tysiące trupów) czy o tym, co Maurice Dalmont widzi w czerwonej poświacie Bramy – o kolejnym świecie alternatywnym, który wydaje się zasiedlony przez jakieś niebezpieczne istoty.
 

Rozpoczynamy co prawda lekturę powieści od jednego z jej punktów kulminacyjnych, a właściwa akcja toczy się w retrospekcji w stosunku do prologu, ale nie wydaje się, byśmy mieli do czynienia z prostym zabiegiem umieszczenia końca historii na jej początku. Wiemy co prawda, czym zakończyły się badania Dalmonta i profesora Beulaya, znamy rezultat bitwy, w której brał udział Stanisław Tyc, a nad Paryżem trwa potężna burza etherowa, której skutki już są katastrofalne, ale zapewne zdarzy się Coś Jeszcze, co pozwoli ciągnąć opowieść dalej. Chyba, że autor odważy się na faktyczny koniec świata...
 

Tymczasem jednak tom pierwszy Zadry obraca się wokół losów trojga osób – rodzeństwa Dalmont i narzeczonego panny Natalie, Stanisława Tyca (wytknę autorowi niekonsekwencję, bo Tyc, póki jest we Francji, zarzeka się, że nie oświadczy się swej ukochanej, bo woli wojaczkę, bo nie chce narażać dziewczyny na długą rozłąkę i możliwe wdowieństwo, bo...; rozmowa pożegnalna między młodymi też wygląda tak, jakby mężczyzna nie odważył się zrobić tego kroku, a potem okazuje się, że o narzeczeństwie pary wiedzą chyba wszyscy poza Maurice'em). Historia każdej z osób opowiedziana jest w innej konwencji, które najlepiej będzie chyba ujawnić przez przyporządkowanie im odpowiednich postaci z powieści Verne'a. Natalie można by porównać z panną Campbell z Zielonego promienia, Dalmont wraz z Beaulayem to naukowcy bliżsi chyba jednak Roburowi Zdobywcy niż Kapitanowi Nemo, a Stanisław Tyc to – choć zapewne obraziłby się za takie porównanie – Michał Strogow, kurier carski.
 

Piskorski przez poprowadzenie trzech równoległych historii rozbudowuje swój świat, kładąc spory nacisk na warstwę obyczajową i społeczną, dzięki czemu ci, którzy spodziewają się wartkiej akcji i powieści typu płaszcza i szpady z dodatkowymi atrakcjami, poczują się zawiedzeni. Ci wszyscy, którzy – tak jak ja – liczą na coś więcej, powinni zdecydowanie wstrzymać się z oceną powieści do momentu ukazania się drugiego tomu. A ten powinien być mniej więcej podobnej grubości, więc przed nami jeszcze chyba sporo wrażeń.
 

W swojej recenzji Andrzej Miszczak zalicza Zadrę do steampunka. Na razie trudno mi się z tym zgodzić, choć nie przeczę, że takie mogło być założenie twórcy. Jeśli tak faktycznie jest, to mamy portret alternatywnego społeczeństwa w bardzo wczesnej fazie, gdy technologia z jednej strony ingeruje już w życie społeczności (ether sprawdza się jako wysokoenergetyczne paliwo, oczywiście wykorzystuje się go także do produkcji broni), ale z drugiej - jej zasięg jest bardzo ograniczony. Prusacy dopiero budują pierwszą Bramę, Francuzi są potęgą w dziedzinie technologii etherowych, gdyż tam właśnie grono naukowców prowadziło pierwsze doświadczenia. Przeciętnemu człowiekowi owa energia kojarzy się wciąż z cudownym lekiem na kurzajki niż z kolejką w Paryżu i oświetleniem w którymś z anglojęzycznych miast. Rewolucja przemysłowa dopiero nadchodzi, a majaczący gdzieś na horyzoncie marksizm nie będzie zwalczał krwiożerczych kapitalistów lecz paskudną nową arystokrację.
 

To udało się najbardziej Piskorskiemu – pokazanie, że wprowadzenie technologii zbliżonej do wykorzystania energii atomowej w wieku XIX tak naprawdę wcale nie musiałoby wpłynąć na ludzką mentalność, mogłoby nie odmienić świata. Największe państwa tamtych czasów zmieniają po prostu zainteresowania i zamiast toczyć walkę o kolonie i tereny zamorskie, rzucają się na kolonie pozaświatowe. Nie widać specjalnie informacji o tym, by w Nowej Europie znaleziono coś cennego, wartego eksploatacji, czy to pokłady znanego z Ziemi złota, czy na przykład mithrilu. Kolonizacja odbywa się dla samej kolonizacji, z powodu potrzeby posiadania pod swoją władzą jak największego terytorium. Odkrycie energii etherowej nie wprowadza społeczeństwa w złoty wiek, za nagłym postępem w jednej dziedzinie nie nadążają pozostałe gałęzie nauki.
 

Dalsze losy świata podobnego do Francji Piskorskiego mogłyby być podobne do tych opisanych przez Harry'ego Turtledove'a w wydrukowanym w Polsce w antologii Orsona Scotta Carda Arcydzieła opowiadaniu Droga niewybrana, gdzie na Ziemię trafiają okręty inwazyjne cywilizacji stojącej wojskowo mniej więcej na poziomie szesnastowiecznej Francji, ale której jakimś cudem udało się odkryć sposób na błyskawiczne przemieszczanie się w przestrzeni kosmicznej. Wynik walnej bitwy na ulicach jednej z amerykańskich metropolii jest łatwy do przewidzenia.
 

Ale nikt mnie nie zmusi, bym już teraz powiedział, czy Zadrę warto przeczytać...

 

 

Sławomir Spasiewicz

 

Krzysztof Piskorski, Zadra

Agencja Wydawnicza Runa, 2008

ISBN: 978-83-89595-46-1