Creatio Fantastica # 26
Creatio Fantastica XXVI
Bez wstępu. Oby do rzeczy.
Kroki w znane
o Krokach w nieznane 2008 przy (wirtualnym) kuflu rozmawiają Andrzej Miszczak i Kuba Nowak
Andrzej Miszczak: Spotkaliśmy się dzisiaj, aby przy szklanicy zacnego browca zamienić parę słów na temat nowej edycji almanachu fantastycznego Kroki w nieznane. Po raz czwarty od czasu reaktywacji tej świetnej inicjatywy otrzymaliśmy znakomity pod względem edytorskim tom prozy zagranicznej.
Kuba Nowak: No właśnie, czy tylko pod względem edytorskim?
A: Nie uprzedzajmy faktów. Wnioski, mam nadzieję, znajdą się pod koniec tego stenogramu. Jakiekolwiek one jednak nie będą, trzeba podkreślić, że inicjatywa jest naprawdę dobra i warta uwagi. Inna rzecz, że teraz podobny zbiór nie ma takiej siły rażenia jaką miały oryginalne Kroki… z lat siedemdziesiątych...
K: Pewnie. Zwróć jednak uwagę, że mimo iż współczesna podaż fantastycznej prozy z zagranicy jest nieporównywalna z tamtą sprzed ponad trzech dekad, to akurat przekładów tekstów krótszych wcale nie mamy zbyt wiele.
A: …przez co tym cieplej o Krokach w nieznane myślimy.
K: Ano właśnie. Jednocześnie trzeba podkreślić zmianę na stanowisku redaktora wyboru. Mirek Obarski zastąpił Konrada Walewskiego, który stał za trzema poprzednimi edycjami starych-nowych Kroków w nieznane. Edycji, dodajmy, udanych – pierwsza była niezła, kolejne dwie naprawdę dobre. No i nie da się ukryć, że tego typu zmiany niejako same prowokują do porównań. Przechodzimy zatem do meritum?
A: Zaczynaj.
K: Zbiór otwiera Ostatnia z form P Jamesa Van Pelta: obrazek z życia faceta zarabiającego w niedalekiej przyszłości na objazdowym zoo, pełnym zwierząt-mutantów. Oldskul, panie kolego, pełną gębą. Ostatnia z form P to fantastyka w bardzo starym stylu: scenografie i fabularne rozegranie fantastycznych motywów są takie, jakby tekst napisano w latach 50. XX wieku. Spomiędzy akapitów macha do nas stary, dobry Bradbury.
A: Ameryka dotknięta kataklizmem, czyli temat klasyczny. Tym razem to epidemia jakiegoś mutagenu. Są w opowiadaniu momenty „do śmiechu” (policjanci rozpoznający tożsamość potwora, który wynurzył się z Missisipi), ale też liczące na wzruszenie czytelnika (przytulanie dziecka – bezcenne w świecie, gdzie normalnych dzieci już chyba nie ma)...
K: Mnie Van Pelt ani nie wzruszył, ani rozśmieszył. Ale opowiadanie może się podobać. Pod warunkiem jednak, że nie przeszkadza ci, że to wszystko było już tyle razy.
A: No właśnie. Z początku też tak o tekście Van Pelta myślałem. W miarę dalszej lektury zbioru akcje Ostatniej z form P szły jednak w górę i teraz oceniam go nieźle. Zapewne dlatego, że lubię piosenki, które już słyszałem.
K: A tego typu opowiadań, bardzo głęboko kłaniających się dwudziestowiecznej fantastycznej tradycji, jest zresztą w Krokach… więcej.
A: Może lepszym tytułem byłby więc Kroki w znane…?
K: Bo ja wiem… Możesz próbować zaproponować wydawcy zmianę tytułu. Kolejne opowiadanie mocno osadzone w tradycji science fiction sprzed kilku dekad to Okanoggan Falls Carolyn Ives Gilman. Rzecz dzieje się na stereotypowym amerykańskim zadupiu i opowiada historię znajomości głównej bohaterki z kapitanem oddziału obcych okupantów – sympatyczna bohaterka (matka, żona, pielęgniarka) rozmiękcza wrażego samca. A przy okazji owego rozmiękczania zaczyna coraz cieplej o nim myśleć.
A: O matko, jak mnie to zmuliło...Nie lubię takich tekstów. Kojarzą mi się z głupkowatym filmem Marsjanie atakują…
K: Bardzo dobrym filmem!
A: Mam na myśli niepoważne podejście do sprawy obcych, kontaktu, nawet obcej okupacji. Bo tekst Gilman jest niepoważny. Zresztą, jak sobie pomyślę, jak mógłby rozegrać taką fabułę Zajdel...
K: Zgoda z tą „niepoważnością”, zresztą właśnie tego typu historie parodiuje wspomniany przez ciebie film Burtona, pewnie stąd skojarzenie. Opowiadanie Gilman jest totalnie nieprawdopodobne z naukowego punktu widzenia. Czytelnik, by pozwolić autorce zawiesić swą niewiarę, musi potraktować obcych jak magiczne ludziki, funkcjonujące według gumowej biologii stworów z kina science fiction z połowy poprzedniego wieku.
A: Ed Wood wiecznie żywy...
K: Poza tym całość jest irytująco naiwna i w gruncie rzeczy właśnie filmowo melodramatyczna. Przeczytawszy zakończenie, zacząłem się zresztą zastanawiać, czy Okanoggan Falls nie jest pastiszem, graniem na konwencji klasycznego filmowego melodramatu z lat pięćdziesiątych. Ileż razy widzieliśmy to w kinie: ostatnia rozmowa między parą głównych bohaterów odbywa się na wyludnionej ulicy, on jest w mundurze, przystojny i eskortowany przez strażnika czekającego przy samochodzie, ona – emocjonalnie rozdarta między nim, a swoim poprzednim, ustabilizowanym życiem.
A: Czyli zgadzamy się, że Okanoggan Falls nas nie zniszczyło. Co jeszcze Ci się w nowych Krokach… nie podobało?
K: Krótkie opowiadanie Kena MacLeoda – historyjka faceta robiącego wywiad z Jezusem po jego Powtórnym Przyjściu. Żart, który nie śmieszy: niezborny fabularnie ciąg skeczy, polepionych pretekstową fabułą. Autor, chyba mając świadomość miałkości całości, asekuruje się, kokietując tekstami o „kiepskim opowiadaniu SF opartym na motywach biblijnych”.
A: Pełna zgoda. Totalna bździna, kojarząca się z prześmiewczymi w założeniach utworami typu Na żywo z Golgoty Vidala czy paroma innymi tego typu dziełkami. Sto razy lepsza jest Pajęczyna Ziemkiewicza, bo poważniejsza... Chociaż MacLeod podrasował ten tekst. Hipotezy na temat pochodzenia Jezusa są mocno osadzone w nowoczesnej SF. Ktoś uważa, że Chrystus to nanobot Moravca, ktoś inny, że to postosobliwościowa SI z kosmosu. To fajne mrugnięcie okiem do zwolenników twardzielstwa, ale według mnie nie ratuje tekstu.
K: Niespecjalnie rozśmieszyła mnie również Odmiana Bowdlera Jamesa Lovegrove’a o epidemii logowirusa, uniemożliwiającego ludziom używania słów powszechnie uważanych za obelżywe.
A: Miałem mocne skojarzenie z tekstem Kuttnera Tubyllerczykom spełły fajle. Raczej mnie to znudziło.
K: No właśnie. Dużo zabawniejsza okazała się kolejna humoreska, Akcja prewencyjna Charliego Rosenkrantza, złośliwie portretująca prezydenta USA i jego doradców, dumających w atomowym schronie nad pozornie alogicznym atakiem obcych na Ziemię. Zabawnie zarysowani bohaterowie, dobre, rzeczywiście śmieszne dialogi, fajna puenta. Jestem na tak.
A: Wychodzę na jakiegoś starego trepa, którego, jeżeli w ogóle coś rozśmiesza, to tylko własne żarty. Być może to dlatego, że mam świeżo w pamięci interwencje Boruca w Belfaście...
K: Nie przypominaj nawet...
A: Jedno dobre podanie Rogera w całym meczu, obrona...
K: Do rzeczy, do rzeczy... Rosenkrantz.
A: No więc Rosenkrantz też nie.
K: Nie mówię, że to wielka literatura, ale faktycznie jesteś bez humoru. A Memorare Gene’a Wolfe’a? Najdłuższy tekst w zbiorze; opowieść reportażysty kręcącego dokument o kosmicznych śmiercionośnych grobowcach, która jest jednocześnie historią miłosną, rozpisaną na troje, a potem aż czworo bohaterów. Dla mnie – duży zawód.
A: Zawód to mało powiedziane. Toż to nowelizacja 129 566 odcinka Mody na sukces! Soap opera po prostu, w scenografii kosmicznej, takoż ugadżetowiona.
K: Rzeczywiście, opowiadanie jest ckliwe, banalne i rozwlekłe. Perypetie papierowych bohaterów nie obeszły mnie zupełnie, toteż dramatyczne w zamierzeniach zakończenie przyjąłem wzruszeniem ramion. No i te złote myśli, w rodzaju: „Kobieta nie powinna dzielić ryzyka z mężczyzną. Nie do tego stworzone są kobiety” albo „Wszyscy mężczyźni to dranie”.
Inna sprawa, że nie pomogła ani tłumaczka, ani redakcja – jedna z bohaterek potrafi nagle przyjąć imię drugiej bohaterki…

A: A widzisz, to ja nawet tego nie zauważyłem. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że trzy razy nad tym zasypiałem... Czyli co? Mniej udane pozycje zbioru mamy za sobą? Ja wspomniałbym jeszcze o opowiadaniu Tony’ego Ballantyne'a, w które, mimo usilnych prób, nie udało mi się wgryźć. Drażniło mnie w nim wszystko: fabuła, postaci, dialogi... Coś nie zagrało na styku Ballantyne – Miszczak.
K: Tylko że to, co cię w nim wkurzało, stanowi jednocześnie o jego wyjątkowości! Chodzi o pomysł, na tyle dziwaczny, że totalnie konfudujący czytelnika rozpoczynającego lekturę. W Trzeciej osobie patrzymy na wojnę (chyba niedalekiej?) przyszłości, prowadzoną przez małe oddziały potykające się między sobą pośród tłumu cywilów, którym bardziej od zbłąkanej kuli grozi nagłe powołanie do wojska. Doceniam nie tylko pomysł, ale i zakończenie, zawierające, co warto podkreślić, jedyną w zbiorze próbę odejścia od narracji prowadzonej w klasyczny sposób. Czytelnik dociera do końca tekstu i trafia na ciekawą woltę, fabularną i jednocześnie, powiedzmy, formalno-narracyjną. By nie zdradzić zbyt wiele: po zakończeniu lektury tytuł opowiadania nabiera dodatkowego znaczenia.
Za to Śmiercionauci Teda Kosmatki – dla mnie rewelacja. Krótko, konkretnie, z mocną, mroczną puentą. Przygnębiająca demitologizacja mitu romantycznych międzygwiezdnych podróży.
A: O tak, świetne to jest. Miałem wrażenie przenikającego mnie chłodu podczas lektury. Gdzieś z tyłu głowy zagrało skojarzenie z Baranieckim (Wynajęty człowiek i Karlgoro godz. 18). Te dwa teksty były zresztą chyba moim pierwszym kontaktem ze zdemitologizowanym lotem statku kosmicznego, podczas którego może zdarzyć się wszystko, nie wyłączając morderstwa lub awarii. To był detoks po zawsze-świetnie-przebiegających-misjach-towarzyszy-radzieckich, z jakimi stykałem się wcześniej. Kosmatka i jego Śmiercionauci wskoczyli właśnie do tej szufladki skojarzeniowej.
K: Mnie autor Śmiercionautów kupił zwięzłą narracją i sugestywnym nastrojem. Statek kosmiczny jakby z pierwszego Aliena, metal, chłód, dreszcze, samotność, cisza, mrok. Literackie Joy Division: zimne i mocne. Bardzo dobre, a przecież oparte na prostym pomyśle.
A: Do tego ciekawy problem teologiczny, związany z duszą i hibernacją. Mocna scena próby stosunku seksualnego z zaślinionym warzywem, które kiedyś było przystojnym facetem. Zgodzimy się chyba, że to jeden z najlepszych tekstów tej edycji Kroków...?
K: Zdecydowanie. To zresztą jeden z lepszych kosmicznych ochłapów, z jakimi ostatnio miałem do czynienia. Na podobnym koncepcie co tekst Kosmatki oparte jest też inne opowiadanie w zbiorze – niezłe Poza konstelacją Orła Alastaira Reynoldsa. To tekst dłuższy, mniej drapieżny, choć również ponury. Reynolds również wykorzystuje motyw „zgubienia drogi” podczas gwiezdnego rejsu. Wybudzony po długiej podróży kapitan kosmicznego transportowca orientuje się, że nie trafił tam, gdzie zamierzał.
A: No, nie trafił... Gość jest w głębokiej dupie po prostu.
K: Utknąwszy na opustoszałej stacji gdzieś na krańcach „ludzkiego” kosmosu, spotyka na niej dawną kochankę. I z czasem orientuje się, że jego sytuacja jest dużo gorsza, niż mu się początkowo wydawało.
A: A brak premii za opóźnienie w dostarczeniu towaru szybko staje się jego najmniejszym problemem.
K: Generalnie dobra rzecz. W nowych-starych Krokach… numer cztery mamy jeszcze dwa bardzo tradycyjne i w formie, i w treści opowiadania Connie Willis i Kira Bułyczowa – oba bardzo charakterystyczne dla swoich autorów, ale ledwie przeciętne.
A: Chciałbym się troszkę sprzeciwić pobieżnemu potraktowaniu Ostatniego winnebago Willis. To dobre opowiadanie, które ma to nieszczęście, że pojawia się u nas dwadzieścia lat po amerykańskiej premierze. Pewnie wtedy ten tekst, pokazujący świat z przetrzebionym ekosystemem, zrobiłby na nas większe wrażenie, ale paradoksalnie ta dwudziestoletnia zwłoka odkryła przed nami inny aspekt tego utworu.
K: Wielopasmowe autostrady ciągnące się przez setki kilometrów nadal są dla nas fantastyką.
A: To też, ale ja mam raczej na myśli pokazany przez autorkę lęk przed wszechwładzą agend rządowych czy tajnych służb. W tekście jest mowa o niegroźnym, przynajmniej z nazwy, Towarzystwie Humanitarnym, którego prerogatywy i uprawnienia są jednak na tyle szerokie, że zahaczają mocno o ochronę danych osobowych czy, żeby rzecz nazwać mocniej: o inwigilację obywateli. A na tym punkcie Amerykanie są dziś wyczuleni. Pewnie pod koniec lat osiemdziesiątych nie wyciągnąłbym takich wniosków...
K: Czy aby na pewno? Willis umiejętnie oddaje niepokój rozmowy z funkcjonariuszem, podczas której za uprzejmą, pozornie neutralną fasadą stale czai się niewypowiedziane zagrożenie oskarżeniem. Nieważne czy chodzi o zabicie psa na autostradzie, czy o coś innego.
A: Atawistyczny niemal strach przed rozmową z funkcjonariuszem to jedno, ale z drugiej strony mamy w tekście zakazy związane z podróżowaniem samochodów kempingowych, co jeszcze może jest zrozumiałe, bo kryzys paliwowy itede. Przestrzegania tego zakazu pilnują jednak patrole i kamery, wspomina się o „lęku przed wpakowaniem się w tarapaty z Towarzystwem”, w innym miejscu jest mowa o podsłuchach telefonicznych, namierzaniu rozmów... To chyba trochę inny strach. Strach wolnego społeczeństwa, społeczeństwa obywatelskiego, które nagle orientuje się, że są agendy rządowe mogące wszystko, bez oglądania się na poprawki konstytucji i prawa obywatela. To, w mojej opinii, celna antycypacja autorki, która ziściła się po 11 września. U nas, za komuny, takiego szoku chyba nie było. Społeczeństwo żyło po prostu z wiedzą o wszechwładzy różnego rodzaju służb. Tak mi się wydaje...
K: Możesz mieć trochę racji, Willis miała nosa. Dobra, a co z opowiadaniem Bułyczowa?
A: Niestety bez wrażeń. Zgadzam się, to charakterystyczny dla niego tekst, choć nie dziejący się w Wielkim Guslarze. Wolę tego autora w poważniejszym kostiumie. Miasto na górze, Przełęcz, Agent FK, to lubię. Tutaj, no cóż... Mamy diabła, mamy Moskwę, skojarzenie jest oczywiste.
K: Jest w almanachu sympatyczna miniaturka Reginalda Bretnora, tym razem rzeczywiście napisana w połowie poprzedniego wieku.
A: Jednym okiem weszło, drugim wyszło. Jestem za dołączaniem jakiejś „ramotki” do almanachu, ale akurat Bretnor mnie znudził. Syrenka zakochana w śpiewaku. Raczej nie.
K: …a mnie się podobało…
A: Jest za to w zbiorze „obrazek” z gatunku, który lubię. Czyli fantastycznonaukowy element wrzucony w scenerię historyczną...
K: Mówisz o Milczeniu we Florencji Iana Creaseya? Podobało mi się. Niepokojący, nastrojowy horror, ładnie wkomponowany w historyczne scenografie.
A: Czy rzeczywiście horror?
K: Fakt, to gatunkowa hybryda. Ale w klimacie opowieści niesamowitej. Strefa mroku się kłania.
A: Fabuła dzieje się na przełomie XVI i XVII wieku na dworze jednego z możnowładców florenckich, gdzie podejmowani są tajemniczy goście, ukrywający twarze za zasłonami. Zapewne Chińczycy, bo w ptolemejskim obrazie świata, w którym Ziemia była centrum Wszechświata, inny pomysł po prostu nie mógł zagościć we florenckich głowach. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia służącej, zajmującej się opróżnianiem nocników. Nie wiem czy jest to tekst niepokojący, na pewno jest sympatyczny, choć boleśnie przewidywalny.
K: Mnie chyba podobał się bardziej niż tobie. Za to naprawdę dobry jest Damaszek Daryla Gregory’ego, ukazujący intensywne religijne przeżycie jako wynik choroby mózgu.
A: Zgadzam się, jeden z jaśniejszych punktów zbioru. Czytając go, miałem w uszach jeden z ulubionych cytatów z Doktora House'a. W którymś z odcinków jego pacjentką była zakonnica. „Ona ma w głowie Boga. To gorsze niż nowotwór”, powiedział o niej w pewnym momencie. Oglądasz może ten serial? Polecam.
K: Nie, choć ostatnio mam wrażenie, że oglądają wszyscy wokoło. W Damaszku, poza interesującym pomysłem (religijny fanatyzm jako objaw choroby wywoływanej przez priony), jest także sporo dobrych obserwacji obyczajowych i psychologicznych. Dlatego mnie tekst Gregory’ego skojarzył się z wydanym u nas dwa lata temu zbiorem opowiadań Joyce Carol Oates Muzeum doktora Mosesa, utrzymanych w podobnym co Damaszek klimacie. Nawiasem mówiąc, świetna książka, rewelacyjna dawka literackiego doła.
A: Zapiszę sobie Twoją polecankę. Co my tam jeszcze mamy w spisie treści?
K: Jest ciekawe, utrzymane w formie przypowieści opowiadanie Daniela Abrahama Kambierz i Żelazny Baron: baśń ekonomiczna, przywodzące na myśl niektóre historie Neila Gaimana.
A: Zgoda, to fajna baśń. Skojarzeń z Gaimanem mieć nie mogłem z przyczyn Ci wiadomych.
K: Ech, człowieku gaimanoodporny... Zbiór zamyka Ostatni kontakt Stephena Baxtera, opowieść o końcu świata (ciemna energia wkrótce rozerwie Wszechświat), pokazana przez pryzmat relacji matki i córki. Niby ładnie i nastrojowo – dwie kobiety spotykają się w przydomowym ogródku. Ale jednocześnie jakoś nie do końca przekonująco. Mimo że na przedmieściach Oksfordu „prądu nie ma od wielu dni”, jeszcze w dniu apokalipsy bohaterka słucha – w radiu na baterie – audycji. Hm…
A: A widzisz, dla mnie to jeden z liderów zbioru. Trochę to eganopodobny tekst. Jest pomysł, czyli mocno podkręcona teoria naukowa. Jest wszechobecna atmosfera końca wszystkiego, ale przecież jaka ma być, skoro wkrótce ciemna energia zapanuje i porozrywa wszystko, łącznie z wiązaniami atomowymi. Jednak brakło mi tutaj bardziej wiarygodnej psychologii, lepszego rozegrania wątku osobistych relacji bohaterek. To częsta przypadłość twardej fantastyki. Ale i tak za tekst Baxtera należy się selekcjonerowi antologii duży plus. Mamy też opowiadanie Mistrza...
K: Czyli jednak najlepsze na koniec. Luminous Grega Egana. Aż chce się gadać o tym tekście, bo jest o czym. Z jednej strony „typowy” Egan: bierze pseudonaukowy koncept i wygina go we wszystkich kierunkach, dochodząc w rozumowaniu do spraw w skali kosmicznej. Bohaterowie prowadzą długie dialogi, wyjaśniające zawiłości koncepcji autora, obserwują komputerowe symulacje, końcówka przywodzi na myśl finałowe sceny Miasta Permutacji.
Ale z drugiej strony to jakby Egan remiksujący wczesnego Gibsona. Szczególnie w pierwszej części tekstu (wliczając fajną ekspozycję, w której bohater budzi się pętany przez łowczynię głów w podłym hotelu) widać liczne scenografie i fabularne klisze jakby rodem z Neuromancera i jego literackich potomków: dalekowschodnia metropolia, zatłoczony targ, na którym gadżety high-tech sąsiadują z lokalnym badziewiem, bohater gubiący się nocą w neonowej dżungli i ukrywający po hotelowych norach przed wysłannikami potężnej korporacji, która chce wydrzeć mu Wiedzę, Która Może Zmienić Wszystko.
Całość bardzo interesująca, mimo pewnych fabularnych potknięć i niedociągnięć w kreacji bohaterów (bohaterka najpierw wykazuje się niezwykle otwartym umysłem, później, gdy taka jest autorowi potrzebna, okazuje się jednak irytująco antropocentryczna i krótkowzroczna). Mimo drobnych wad, naprawdę interesująca rzecz. Się czyta!
A: A pewnie! Chociaż więcej frajdy będą chyba mieli kumaci z matematyki. Ja do nich nie należę niestety, więc pewne fragmenty tekstu odbierałem jakby były napisane w języku ludów Bantu. Nie dała Bozia talentu do przedmiotów ścisłych. Ale i tak, z tego co udało mi się pojąć, jestem bardzo kontent. Sposób przedstawienia pomysłu jest podobny do Kwarantanny. Tam, miliony lat temu, pierwsze spojrzenie człowieka w niebo wywołało nieodwracalne zmiany, tutaj też Egan sięga miliardy lat wstecz, żeby tak zadzierzgnąć wątek fabuły. Świetny tekst, absolutne numero uno almanachu.
K: Wirtualne piwo się kończy, czas na jakieś resume.
A: Może najpierw o nowym selekcjonerze. Zauważasz jakieś różnice w wyborach Obarskiego i Walewskiego? Kurczę, mnie się wydaje, że różnicy albo nie ma, albo jest jakaś minimalna. Bo przecież w poprzednich tomach reaktywowanych Kroków... też bywała (podkreślam: bywała) czysta science fiction...
K: Ciężko wyrokować po jednym tomie. Ale myślę, że pewna różnica jest. Wydaje mi się, że mniej w czwartych Krokach… tekstów niekonwencjonalnych, których autorzy bardziej bawią się formą i treścią. Poza opowiadaniem Ballantyne’a właściwie dominuje pisanie bardzo klasyczne, formalnie zachowawcze. Co oczywiście wcale nie musi być zarzutem, jeśli jest dobre. Jest dobre?
A: Generalnie mam żal, tylko nie wiem do kogo. Być może sam jestem sobie winien. Zapowiadano bowiem zwrot ku science fiction, zatem wyobraziłem sobie, że dostanę kilkanaście kosmicznych bądź po prostu hardesefowych tekstów i... No stąd ten mój zawód, bo oczekiwaniom sprostała może połowa. Bretnor, Bułyczow, Lovegrove, Rosenkrantz, MacLeod i Wolfe – po co to? Skafander kosmiczny nie zrobi z opery mydlanej science fiction.
K: Zrobi złą science fiction.
A: Ja nie mam nic przeciwko sofciarskiej SF, tylko zapowiadano mi coś innego. Albo to ja źle zrozumiałem. Jeżeli redaktor chciał koniecznie mieć w zbiorze jakiś lekki tekst Lovegrove'a, czemu nie wziął na przykład Steampunch z antologii Extraordinary engines? Tam też lśni diamencik pióra Jeffreya Forda. Ech, szkoda. Może następnym razem selekcjoner i jego doradcy, których lista zamyka książkę, spiszą się lepiej z mojego punktu widzenia.
K: Ocenianie treści Kroków… z punktu widzenia oczekiwań jest bez wątpienia szczere. Pytanie, czy jest uczciwe. Kupując kolejny tom Kroków w nieznane, liczę na zbiór tekstów niezłych, dobrych i bardzo dobrych, jednocześnie zbiór w jakimś stopniu reprezentatywny dla tego, co ukazuje się drukiem za granicą i tam się podoba, bo jest – właśnie – dobre. I w tym sensie czwarta edycja reaktywowanych Kroków… mi pasuje. Lwia część opowiadań zamieszczonych w zbiorze to rzeczy bardzo świeże, które powstały już po 2000 roku. Większość opowiadań mi się podobała, kilka tekstów – jak w poprzednich trzech latach – podobało się bardzo. I właściwie wszystko jedno, czy wrażeń dostarcza mi ponura psychologiczno-obyczajowa historia, mocno osadzona we współczesności (Damaszek), postcyberpunkowa hard SF (Luminous), czy mroczne kosmiczne opowieści (teksty Kosmatki i Reynoldsa). Nieważne co, ważne, by trzepało.
A: Widzisz, ja, pomimo wcześniejszego marudzenia, wiem, że to książka ważna, ciekawa, jak zwykle wydarzenie na rynku. Dlatego czekam na następny tom, rzecz jasna.
K: I niech zatrzepie przynajmniej jak poprzednie…
Andrzej Miszczak, Kuba Nowak












