Creatio Fantastica # 26
Creatio Fantastica XXVI
Bez wstępu. Oby do rzeczy.
Samotność to taka straszna trwoga – wywiad z Kazkiem Kyrczem JR i Robertem Cichowlasem
Emil Strzeszewski: Zaczniemy od ogółu, aby potem przejść do szczegółu. Ostatnio modne w kraju stało się całościowe ocenianie zjawiska, jakim jest literatura fantastyczna. Mieliśmy wielu piewców apokalipsy, kilku zwolenników nijakości, mało optymistów. A jak jest z horrorem? Jak oceniacie polski horror dzisiaj?
Kazek Kyrcz: Ponoć diabeł tkwi właśnie w szczegółach, tym bardziej więc warto o nich porozmawiać. Horror czy groza, jak zwał tak zwał, to chyba nie ma większego znaczenia, ostatnio przeżywa u nas prawdziwy rozkwit, przynajmniej ilościowy. Coraz więcej autorów; starych, młodych i najmłodszych zwraca się ku temu gatunkowi. Mnożą się portale poświęcone tej tematyce, konsoliduje się środowisko fanowskie… Dzieje się sporo. Co cieszy, rośnie także zainteresowanie czytelników i wydawców. Zarówno pisma fantastyczne, jak i kolejne antologie pozwoliły zaistnieć w świadomości czytelniczej nowym literatom… Jeśli chodzi o ocenę jakościową zjawiska, póki co wydaje się to karkołomnym zadaniem, szczególnie że ewoluuje ono w tempie rozpędzonego expresu. Są zarówno plusy, jak i długie niczym pas startowy minusy takiej sytuacji…
Robert Cichowlas: Jako jeden z autorów, którzy siedzą w horrorze od dawna, ale któremu stosunkowo niedawno udało się wcisnąć na polski rynek, strasznie się cieszę, że gatunek został wreszcie u nas zauważony, nie tyle przez czytelników, ile przez wydawców właśnie. Kilka lat temu było niewiele nazwisk kojarzonych z horrorem, dziś jest ich więcej. Myślę, że horror znowu stał się u nas modny, co widać po frekwencji w kinach, gdy na ekrany wchodzi nowy film grozy. Z literaturą musi być podobnie. Więcej niż kiedyś rozmawia się o horrorze, częściej też czytelnicy pytają o polskich twórców, zdziwieni ich śladową obecnością na rynku. Zadają sobie pytania: hej, czy nie mamy własnych pisarzy horroru z prawdziwego zdarzenia? Chwała Najwyższemu, że podobne pytania w pewnym momencie zadali sobie również wydawcy.
ES: Ano właśnie – polscy pisarze horroru. Dziś autorów profesjonalnie zajmujących się horrorem jest kilku, może nawet kilkunastu, ale do niedawna nie mieliśmy takiego luksusu. Po Grabińskim przecież polska groza praktycznie umarła albo pojawiała się w mariażach z innymi gatunkami, rozrzedzona, wymieszana tak, że trudno ją nawet było rozpoznać. Nie jest przypadkiem tak, że zjawisko, jakim jest polski horror, dopiero się na nowo narodziło?
RC: Celna myśl. Ja się pod nią podpisuję. Z tym że nie wiem czy mamy aż kilkunastu autorów profesjonalnie zajmujących się horrorem. Kilku, to brzmi bardziej wiarygodnie. Ale liczba rośnie, a to naprawdę dobrze wróży.
KK: W końcu od przybytku głowa nie boli. Fakt, że gatunek ma u nas niewielkie tradycje literackie, powoduje, że ktoś, kto ma zamiar uczestniczyć w tworzeniu rodzimego horroru ma z jednej strony ułatwione zadanie, bo jest raczej mało prawdopodobne, by był porównywany do światłych poprzedników z kraju nad Wisłą, no a z drugiej utrudnione, bo nie za bardzo ma na czym bazować. Czyli tak źle i tak niedobrze.
ES: Do czego dąży polski horror? Gdzie znajdzie się za kilka, może kilkanaście lat? Czy będzie powtórką z Kinga i Mastertona, czy znajdzie inspiracje poza samą specyfiką grozy? Raczej gore, czy metafizyka?
KK: Osobiście optuję za wersją pośrednią. Uważam, że w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat nastąpi polaryzacja rodzimej grozy na tę bardziej rozrywkową i tę skłaniającą się ku refleksji, wiwisekcji psychologicznej, a nie cielesnej. Przy czym twarde prawa rynku są takie, że nawet pisarze ciążący ku ambitnym poszukiwaniom artystycznym będą musieli brać pod uwagę wymiar komercyjny swych opowieści. Krótko mówiąc: nieważne jak głębokie rzeczy masz do powiedzenia, rób to zajmująco.
RC: Mam cichą nadzieję, że za te kilka – kilkanaście lat nasz rodzimy horror nie będzie wyglądał jak kalka z Kinga czy Mastertona, i to nie dlatego, że nie lubię tych pisarzy (tak nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o Grahama), ale dlatego, że super by było za jakiś czas spojrzeć na polską grozę jako coś nietuzinkowego i oryginalnego. Chciałbym kiedyś usłyszeć, że ludzie sięgają po polski horror, bo wiedzą, że dostarczy im on mocnych wrażeń, bo lubią polskie realia, polskich bohaterów, bo przekonali się, że polski twórca też potrafi przestraszyć i że jest w tym dobry. Pisząc opowiadanie czy powieść myślę sobie, że byłoby wspaniale móc kiedyś usłyszeć podobne stwierdzenie z ust czytelnika. Większej nagrody sobie nie wyobrażam.
ES: A czymże są te polskie realia? Co prawda, jeśli chce się coś głębokiego powiedzieć, a przy okazji trafić do odbiorcy nastawionego na literaturę mocno zakorzenioną w rodzimych warunkach, nie trzeba koniecznie umieszczać tego w swojskim Krakowie, Szczecinie albo Pcimiu Dolnym, ale należy znać granicę między tym, co wzrusza nas, polskich czytelników, a co nie. Czym więc jest polski horror? Jakie powinien mieć atrybuty?
RC: Mówisz „głębokiego”. Wiesz, postrzegam horror jako literaturę niekoniecznie głęboką. Horror ma Cię przestraszyć, zrelaksować, wywołać uśmiech – pewnie, czemu nie! Tak sądzę. Sięgając po Mastertona, Herberta czy Koontza nie doszukuję się głębi, szukam mocnych wrażeń. Książki ambitne i mocno ambitne nie muszą wcale ukazywać realiów znanych Tobie i innym. Z horrorem jest inaczej. Oprócz fabuły ważne jest też to, gdzie toczy się akcja i kto jest bohaterem. Do tej pory polski czytelnik dostawał głównie historie grozy (nierzadko zresztą świetne), których akcja rozgrywała się w USA, Anglii, etc, natomiast nie mógł poczytać o polskich piwnicach, zamczyskach, strychach, nie spacerował polskim ulicami i nie bał się, będąc jednocześnie świadomym, że tuż za rogiem jego ulicy również może czaić się zło. Było dla niego dalekie i chyba mniej swojskie. Myślę, że po lekturze kilku zachodnich horrorów każdy z chęcią „łyka” – albo też „łyknąłby”, gdyby było jej więcej – rodzimą grozę.
KK: Ups, pojechałeś po całości z tym pytaniem. Niby proste, ale znaleźć na nie satysfakcjonującą odpowiedź nie będzie łatwo. Tak się składa, że miałem ostatnio okazję przeczytać kilka opowiadań polskich autorów grozy, których akcja dotyczyła naszych emigrantów na gościnnych występach w Niemczech czy Anglii. Czy takie teksty, często zawierające zresztą całkiem trafne obserwacje obyczajowe na temat Polaków na obczyźnie spełniają kryterium „polskich realiów”? Nie bij mnie, ale nie wiem. Tak na marginesie; nie sądzę, by receptą na udany tekst było zastosowanie rodzimych realiów czy – dajmy na to – amerykańskich. Nie ma tu żadnych reguł. Nie należy jednak zapominać, że odwoływanie się do nieznanych odbiorcy realiów na ogół tworzy barierę pomiędzy nim a tekstem. Niewielu autorów potrafi wyjść z takiego zagrania zwycięsko.
ES: Palahniuk powiedział, zresztą nie on jeden, że pisarz jest samotnikiem. Tymczasem Wy usilnie pisujecie w duetach. Czym się różni technicznie taka praca od pisania samemu? No i jakie napięcie powstaje między dwójką ścierających się ze sobą umysłów podczas wspólnego tworzenia?
RC: O napięciu, a już w ogóle o spięciach, mowy w naszym przypadku nie ma. Już w momencie, kiedy zaczęliśmy przebąkiwać o wspólnym pisaniu, wiedzieliśmy o sobie trochę, także to, że nasze style bardzo się różnią. Kazek świetnie radzi sobie z horrorem psychologicznym, ja lubię postraszyć jakimś demonem, wylać trochę krwi i raczej psychologii w tym nie ma. Wspólne pisanie z Kazkiem posiada same plusy – przede wszystkim jesteśmy w stałym kontakcie. Nie wyobrażamy sobie nie rozmawiać o tym, co napisaliśmy czy w danym momencie piszemy. Non stop telefony, non stop maile. I świetnie się dogadujemy, nie ma między nami nieporozumień. Wiemy co to kompromis. Kiedy któremuś z nas bardzo zależy na tym, by postawić na swoim, zazwyczaj podczas rozmowy ta druga osoba ustępuje, i to nie dlatego, że myśli sobie: „Niech mu będzie”, tylko dlatego, że ostatecznie przekonuje ją argumentacja współpiszącego. Dobrze się rozumiemy, to podstawa, jeśli chodzi o pisanie w duetach. I ten problem nie ma wiele wspólnego z kwestią bycia intro, czy ekstrawertykiem. Ja jestem typem samotnika, stronię od tłumów, źle się czuję, kiedy mam gadać przed publiką. Kazek to chyba lubi, a więc tu się nieco różnimy. Tego typu różnice nie przekładają się jednak na wspólne tworzenie. To dwie różne sprawy.
KK: Samotność to taka straszna trwoga, jak śpiewał kiedyś Rysiek Riedel. To stan, który można oczywiście znieść, bo wszystko jest do zniesienia, ale po co się męczyć?
ES: Macie jakieś pisarskie fobie, będące Waszym znakiem rozpoznawczym? Gdy czytam to i to, wiem, że to Wy, bo nikt inny by tego w ten sposób nie potraktował – istnieje coś takiego?
RC: Fobii mam całkiem sporo. Nie lubię pływać, bo kiedyś omal się nie utopiłem. Nie lubię burzy, bo jako dzieciak byłem straszony, że jak będę stał przy oknie podczas nawałnicy, to porazi mnie piorun. Boję się ognia, po tym jak sąsiednie mieszkanie w kamienicy, którą zamieszkuję, spłonęło i choć wydarzyło się to ponad dziesięć lat temu, do dziś zdarza mi się bezwiednie dotykać ścian – wrażenie, że mogą być gorące, autentycznie mnie paraliżuje. Lęków i obaw jednak raczej nie przelewam na papier, choć swego czasu często pisałem o wypadkach samochodowych, może dlatego, że mam za sobą jeden, i to dość poważny.
KK: Mnie też obsesji nie brakuje, choć niekoniecznie są one oryginalne. Z młodzieńczych lat pozostała mi fascynacja chorą miłością. Tym jak ludzie potrafią się wzajemnie ranić i jak kochają to robić… Interesują mnie poza tym choroby psychiczne, seks czy wpływ religii na życie przeciętnego Kowalskiego. A czy w moim pisaniu są jakieś elementy rozpoznawcze, które wyróżniają teksty sygnowane nazwiskiem Kyrcz, od tego, co wyjdzie spod klawiatur innych autorów? Cóż, nie mnie to oceniać. Mogę mieć tylko nadzieję, że tak jest, no i oczywiście, zaciskając zęby, dążyć do tego.
ES: Nie pytam bez kozery, bo przecież tylko posiadając jakieś fobie, lęki, można sobie uświadomić ich siłę rażenia. Dobry horror to chyba taki, który trzeba przeżyć, niekoniecznie w świecie tuż za oknem, ale we własnej głowie. Robert „pisze demonami”, Kazek „psychologią i pochodnymi” – czy was samych przerażają te historie, czy znacie ich siłę rażenia, czy rozgrywają się one w waszej własnej psychice?
KK: Zgadzam się z Tobą, że najlepiej pisać o czymś, co samemu się przeżyło, doświadczyło na własnej skórze. Trudno jednak wymagać od twórcy, by uczestniczył w torturowaniu kogoś czy zabijaniu tylko po to, by poczuć smak bycia katem czy ofiarą. Od tego właśnie jest wyobraźnia, umiejętność mentalnego wcielenia się w różne role. W takim ujęciu mogę zupełnie szczerze przyznać, że: tak, czasem historie, które przelewam na papier, budzą we mnie przerażenie, niepokój czy niesmak.
RC: Od lat interesują mnie kwestie związane z demonologią i parapsychologią. Uwielbiam „badać” poszczególne kultury pod kątem tego, w co ludzie wierzą, czego się boją, poznawać ich zabobony. Jako dzieciak kilka razy zauważyłem coś, co najczęściej określa się mianem ducha. Wtedy nie miałem pojęcia, co to jest. Najczęściej płakałem, biegłem do babci i bez składu i ładu opowiadałem o tym, co widziałem: a to, że na korytarzu za wielką drewnianą szafą ktoś stoi, a to że jakaś młoda pani chce wciąć mnie na ręce. Oczywiście, w żadnym z tych przypadków nie było możliwe, abym widział kogokolwiek. Wspomnienia pozostają i kiedy po pewnym czasie, będąc już w miarę racjonalnie myślącym gościem, rozmyślam o tym, co widziałem za młodu, dochodzę do wniosku, że to naprawdę były duchy. Noszę te duchy z dzieciństwa ze sobą i zdarza się, że je opisuję.
ES: Przechodzimy do Twarzy szatana. Proszę o kilka słów szczerości od autorów. Co to za książka?
RC: Jest to antologia dwudziestu dwóch strrrasznych opowiadań. Są wśród nich zarówno krótkie, jak i długie, mocne, krwawe, ale i lżejsze, humorystyczne. Jedne traktują o duchach, zmorach i potworach, które widać, inne o demonach ukrytych gdzieś w zakamarkach ludzkiego umysłu. Myślę, że różnorodność tematów i stylów spodoba się czytelnikom nastawionym na dobry horror.
KK: Zależało nam, by zgromadzone w tym zbiorze teksty poza walorami rozrywkowymi dawały także okazję do przemyśleń. Niekoniecznie takich, które będą spędzały czytelnikom sen z powiek. Pomimo wszystko, wbrew uporczywie ostatnio promowanej bezrefleksyjności, czasem warto zastanowić się nad sobą, nad motywacją podejmowanych przez nas wyborów czy ich możliwymi konsekwencjami…
ES: Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas lektury Twarzy… to właśnie różnorodność, o której wspomniał Robert. Są krótkie, refleksyjne shorty, które niekoniecznie pasują na półkę grozy (choć oczywiście zależy to od definicji), ale i dłuższe, w których mocno epatujecie przemocą. Pytanie przewrotne – nie sądzicie, że może odstraszyć to czytelnika? Trudno jest uchwycić jakąś myśl przewodnią w tym wszystkim.
KK: Będę bronił tezy, że ten tom ma myśl przewodnią, czy raczej kilka takich myśli. A że teksty, które się na niego składają, są różnorodne? Takie też jest życie – zachwyca, a zarazem przeraża bogactwem form i zagrożeń.
RC: Ja uważam, że różnorodność tematyczna opowiadań w antologii stanowi jej spory plus. Oczywiście nie mamy pewności, że taki układ spodoba się czytelnikom. To się okaże… Shorty, o których mówisz, czyli teksty krótsze i zarazem bardziej refleksyjne znajdują się między opowiadaniami dłuższymi i „lżejszymi” (nierzadko bardziej krwawymi), a więc taka przeplatanka chyba pasuje.
KK: W każdym razie nie powinna męczyć.
ES: Na koniec chciałbym spytać o plany na przyszłość – zamierzacie pisać jeszcze we dwójkę? Czy raczej poszukacie innych, z którymi można stworzyć zgrany duet? A może w pojedynkę?
RC: Z całą pewnością pojawią się kolejne książki naszego duetu, jedna prawdopodobnie jeszcze w tym roku. Będą powieści, pewnie kolejny zbiór opowiadań. Mamy sporo planów, i to mnie cieszy. Jednym z nich jest zakleszczenie się w umysłach czytelników jako duet Kyrcz & Cichowlas, tworzący iście odjechane horrory (śmiech).
KK: Może to dziwnie zabrzmi, ale pisanie z Robertem traktuję priorytetowo. Dobrze nam idzie i myślę, że bylibyśmy ćwierćinteligentami, jeśli byśmy to spieprzyli. Czyli odpowiedź brzmi: tak, będziemy pisać kolejne wspólne opowiadania i powieści. Nie widzę innej opcji. Oczywiście, pewnie zdarzy mi się jeszcze kiedyś napisanie czegoś własnego, ale raczej nieprędko. Poza tym mam praktycznie gotowy zbiór opowiadań napisanych z Łukaszem Radeckim… Książka zgodne z obietnicami wydawnictwa Red Horse miała pierwotnie ukazać się w maju, tymczasem kończy się czerwiec i cisza jak makiem zasiał. Przykra sprawa. No, ale to temat na oddzielną dyskusję…
ES: Dzięki za rozmowę!
Twarze Kazka Kyrcza i Roberta Cichowlasa badał
Emil Strzeszewski












