Creatio Fantastica

Creatio Fantastica # 26

Creatio Fantastica XXVI

Bez wstępu. Oby do rzeczy.



Trzy stygmaty Rafała Kosika

 

Po raz pierwszy Mars Rafała Kosika ukazał się w 2003 roku, w Żółtej Serii Roberta Szmidta, zapadającej w pamięć głównie z powodu kiepskich okładek. Teraz, po około sześciu latach, wydawnictwo Powergraph wznowiło tę pozycję ku uciesze czytelników, którzy – podobnie jak ja – nie sięgnęli wówczas po debiutancką powieść. Wiem, że autor zapowiadał wprowadzenie zmian w stosunku do pierwowzoru i „odświeżenie” gadżetów, do czego, z oczywistych względów, nie mogę się odnieść (może ktoś w swoim komentarzu dokona porównania obu wydań). Za zdecydowanie ważniejsze uważam jednak to, że ostatnio zapoznałem się z dwiema pozostałymi (chronologicznie późniejszymi) powieściami Kosika, tj. Verticalem i Kameleonem, jestem więc w innej sytuacji niż recenzenci Marsa sprzed kilku lat. Mogę omówić debiut w perspektywie innych dokonań autora i skwapliwie chciałbym skorzystać z tej okazji.

 

Marsa można traktować jako hołd złożony przez młodego pisarza starym mistrzom SF, gdyż zarówno tematyka, jak i oszczędny formalnie sposób opowiadania (głównie w części 2305) nawiązują do dokonań złotego wieku fantastyki. Chyba trudno wyobrazić sobie bardziej archetypiczne miejsce akcji dla powieści science fiction niż Czerwona Planeta, na którą wyruszają kolonizatorzy z zamiarem przekształcenia jej w „nowy wspaniały świat”. Krótki prolog (2040) opowiada o początkach terraformowania, potem następuje długi opis marsjańskiej cywilizacji w okresie pełnego rozwoju (2305), następnie zaś dostajemy niespodziewany obraz degeneracji i upadku planety (2340). Książka już w momencie powstania była klasykiem (czy też powieścią stylizowaną na klasyczną) i zawierała w sobie wiele treści miłych tradycyjnemu, fantastycznemu podniebieniu. Jednak sprowadzenie Marsa tylko do tego wymiaru i fanowskie określenie go, w krótkich żołnierskich słowach, jako „dobrą hard SF w starym stylu” uważam za daleko idące uproszczenie.

 

Takie podejście nie mówi w istocie niczego o specyfice pisarstwa Rafała Kosika, a jest to autor ciekawy, wyróżniający się na tle innych, współcześnie tworzących, polskich pisarzy fantastycznych. Przede wszystkim zaś jest to autor obsesyjnie powracający do pewnych tematów i drążący ciemną stronę ludzkiej natury. Jeśli ktoś miałby wątpliwości, obsesyjność jest w moich ustach komplementem, uważam bowiem, że pisarz opętany jakąś wizją przeżywa głębiej opowiadaną historię i może zaangażować w nią czytelnika. Jeśli coś frapuje go latami i każe wracać na kartach kolejnych utworów do określonych wątków czy spostrzeżeń, oznacza to, że tworzy teksty serio, i że my, odbiorcy, możemy wynieść z nich coś więcej, niż tylko powierzchowną rozrywkę. Rzecz jasna, w takiej sytuacji pojawia się zagrożenie schematyzmem i autoplagiatem, ale tego – w mojej ocenie – udało się Rafałowi w dużym stopniu uniknąć (głównie dzięki osadzaniu kolejnych historii w odmiennych realiach społecznych i dekoracjach).

 

Mars - okładka

 

Chciałbym spojrzeć na Marsa właśnie pod kątem wspomnianych wyżej pisarskich obsesji (i strategii działania), jak również wskazać, że już w debiutanckim utworze Rafał Kosik zawarł to wszystko, co przewija się na kartach późniejszych, bardziej dojrzałych powieści.

 

Nieubłaganie zbliżamy się więc do tytułowych trzech stygmatów… Wzięły się one z prostych pytań, które zadałem sobie po przeczytaniu książki: Jakie cechy tworzywa literackiego są dla autora Marsa najbardziej charakterystyczne? Jakie trzy elementy mógłbym wymienić, aby opisać jego twórczość nie zaznajomionemu z nią czytelnikowi? Czy gdyby Kosik wydał kolejną powieść (i akurat nie eksperymentował zbyt mocno), udałoby mi się odgadnąć jej twórcę bez zaglądania na stronę tytułową?

 

Mówiąc o „trzech stygmatach”, mam na myśli najważniejsze wątki treściowe, czyli ukazanie przez autora zakulisowych gier możnych tego świata oraz katastrofizm połączony (podskórnie) z wyznaniem utraconej wiary, ale także żelazny zabieg formalny, jakim jest rozłupanie każdej książki na dwie części, niekoniecznie równe, i niekoniecznie silnie ze sobą związane. W każdej powieści powtarza się wyraźnie ten schemat i każda jest w gruncie rzeczy przesycona tym samym egzystencjalnym niepokojem, tym samym – pełnym rozczarowania – sądem nad ludzkością, jako podatną na manipulację, bezwolną masą.

 

W Marsie, inaczej niż w pozostałych książkach, dwie części (dwa światy) nie przenikają się permanentnie, lecz następują po sobie. Przy czym część pierwsza (nie liczę tu prologu) zawiera jeszcze elementy optymistyczne, jakąś próbę pokazania wiary w człowieka i podkreślenia jego dokonań, natomiast druga (a szczególnie zakończenie) już tych złudzeń czytelnikowi nie zostawia. W części 2305 zapoznajemy się z wydarzeniami, które dla części 2340 stanowią niezbędne tło. Rafał Kosik dokonuje specyficznego dla siebie zabiegu, nie tylko przerzucając czytelnika – na styku obu części – przez 30 lat historii, ale również umieszczając go w odmiennej optyce i psychologii, otoczonego innymi postaciami. Z oldskulowego świata trafiamy do mrocznego cyberpunka, gdzie nic nie jest pewne, gdzie nawet własne istnienie może zostać podane w wątpliwość. W moim odczuciu druga część książki jest bez porównania lepsza od pierwszej, nie tylko za sprawą schyłkowego klimatu i mądrze użytych gadżetów, ale przede wszystkim z powodu porzucenia dość mdłych bohaterów z roku 2305 i wysunięcia na pierwszy plan Jareda, najciekawszego osobnika, jakiego wykreował Rafał Kosik (zaryzykuję twierdzenie, że ciekawszego nawet od bohaterów Verticala i Kameleona). Jared to facet bez złudzeń i bez nadziei, pchany do przodu „zawodową” obsesją i próbujący wyjaśnić tajemnice swojego tragicznego dzieciństwa. Taka postać po prostu nie mogła się nie udać.

 

Ponieważ w pierwszej części główny bohater (podobnie jak w Kameleonie) rozmywa się w bohatera zbiorowego, zanurzonego w świecie polityki, mamy okazję zobaczyć całą gamę patologicznych zachowań ludzi władzy, którzy podejmują swoje decyzje z chęci zysku, z politycznego wyrachowania lub ze strachu, ale prawie nigdy nie kierują się dobrem publicznym. Ten obraz zostaje w pamięci po przeczytaniu każdej powieści Rafała Kosika – nieważne, czy osoby pociągające za sznurki to senatorowie, rada starszych utopijnego społeczeństwa, czy prominenci z królewskiego dworu. Przekonanie o marności świata władzy jest tak silne, że autor popada niekiedy w nadmierne dywagacje, jakby chciał za wszelką cenę przekonać czytelnika do takiego punktu widzenia. Na szczęście łączą się z tym zgrabnie skonstruowane teorie spiskowe i intrygi, które wywołują u czytelnika ciekawe, paranoiczne przemyślenia. Wszystko to trąci delikatnie anarchizmem, a przynajmniej próbą liberalnej ochrony pierwotnej idei demokracji (co stwierdzam z niekłamaną satysfakcją).
Bohaterowie wszystkich powieści Kosika mają w związku z powyższym głębokie, matriksowe poczucie, że coś z tym światem jest nie w porządku. Czasem tylko muska ono ich świadomość, a czasem dopada ich (jak Jareda z Marsa, Murka z Verticala, czy Noana z Kameleona) z potworną siłą i wywraca na nice wszystko, czego trzymali się dotychczas. Utrata wiary w porządek istnienia (wiary w boga, ale i wiary w naukę) to doświadczenie traumatyczne, zmieniające życie w pasmo udręk, choć dające też pewną siłę do kopania w coraz głębszych pokładach rzeczywistości (u Jareda kopanie to przyjęło formę dosłowną). Najciekawsze jest to, że Rafał Kosik, mimo pozornie dość lekkiego sposobu pisania i oparcia fabuły książki na przygodzie, zmierza najczęściej w stronę mrocznych konstatacji. I jeśli nawet usiłuje czytelnika „pocieszać”, nie robi tego z wielkim przekonaniem. Ktoś, kogo polubiliśmy w jego utworze, prawie na pewno jest skazany na porażkę, a czasem, jak choćby w Marsie, na porażkę może być skazana cała cywilizacja.

 

Podsumowują powyższe rozważania, mogę z czystym sumieniem polecić Marsa wszystkim miłośnikom fantastyki, a zwłaszcza tym, którzy nie przepadają za czystą rozrywką (w stylu fantasy), lecz szukają w literaturze również istotnych treści humanistycznych. Książka być może nie zawsze dźwiga swój ciężar (wspomniana już, nieco chaotyczna pierwsza część) i nie powala na kolana formalnymi zabiegami, ale zawarte w niej idee uważam za ważne i warte tego, by poświecić im czas, a samo wyjaśnienie, czym w istocie jest planeta Mars… sądzę, że jest świetne i dające bardzo wiele do myślenia. Być może wyobraźnia czy warsztat Kosika nie szybuje tak wysoko, jak na przykład umysł Wattsa w Ślepowidzeniu, ale dzięki temu otrzymujemy literackie omówienie kilku ważnych, realnych problemów, które dotyczą w gruncie rzeczy każdego człowieka zanurzonego w zachodniej cywilizacji, a podane są na dodatek w bardzo przystępny sposób. Język, choć przezroczysty, niezwracający na siebie uwagi, plastycznie oddaje opisywane realia (szczególnie przypadły mi do gustu opisy pustyni i manifestacji VR), a pewne niezręczności, jak zgrzytające mi w uszach „komendomyśli” są wielką rzadkością i nie psują przyjemności z czytania.

 

Pochwalmy też na koniec edytorską stronę książki, w tym bardzo udaną okładkę, która łączy stare z nowym, przerzucając pomost pomiędzy XX i XXI wiekiem. Mars jest czwartą książką, którą Powergraph wydał w serii „SF z plusem”, dedykowanej twardszej odmianie fantastyki. Dotychczas w serii tej ukazały się obie powieści autora oraz antologia Nowe idzie. Jestem niezwykle ciekaw, czy ambitne założenie wydawców, że znajdą i przyciągną do siebie ludzi piszących bardziej naukowo (a przynajmniej nie-magicznie), powiedzie się, i kto dołączy do tego skromnego na razie grona, które – gdyby nie antologia – byłoby jednoosobowe. Kibicuję całemu przedsięwzięciu i mam nadzieję, że z satysfakcją będę omawiał w przyszłości kolejne pozycje ze wspomnianej serii.

 

Cezary Zbierzchowski

 

Rafał Kosik, Mars

Powergraph 2009

ISBN: 978-83-61187-09-7