Creatio Fantastica # 26
Creatio Fantastica XXVI
Bez wstępu. Oby do rzeczy.
Nowych wspomnień czar
Zabójca czarownic Krzysztofa Kochańskiego wraca na rynek książkowy po dwudziestu trzech latach. W 1986 roku Oficyna Wydawnicza Almapress wydała zbiorek pod tym samym tytułem, w serii broszurek promujących młodych polskich autorów, niemających wówczas szans na szybkie wydanie książki w którymś z wiodących wydawnictw państwowych. Edycja Agencji Wydawniczej Runa z 2009 roku to, rzecz jasna, zupełnie inna książka. Na osiem tekstów tylko dwa (tytułowy oraz Łyżwiarz) to powtórki sprzed lat. Nie ma jednak w Zabójcy czarownic AD 2009 premier. To „powtórkowy” zbiór mający raczej przypomnieć, że autor istnieje i że lubi pisać opowiadania. Zresztą, nakładem Runy lada dzień ma się ukazać drugi zbiór Kochańskiego, grupujący historie w konwencji horroru. Niestety, anonsowany spis treści zawiera także znane tytuły.
Teksty z Zabójcy czarownic pokazują ewolucję zainteresowań autora. Najstarsze opowiadania, wspomniane tytułowe oraz Łyżwiarz, to „lekkie” SF z „socjologicznym” dodatkiem. Takie rzeczy interesowały naszych pisarzy w latach osiemdziesiątych. W przypadku obu opowiadań nie dowiadujemy się zbyt wiele o warunkach panujących na planetach będących miejscami akcji, przez co sztafaż „obcoplanetarny” sprawia wrażenie mocno pretekstowego. W utworze Zabójca czarownic widzimy ludzką kolonię na planecie Chiropter, która to kolonia powstała dzięki sfinansowaniu przedsięwzięcia przez rząd, niemniej jednak władze szybko straciły zainteresowanie losem osadników, zostawiając ich samym sobie. Oczywiście, taki punkt wyjścia mocno kojarzy się z innymi tekstami polskiej fantastyki socjologicznej, że wspomnę Całą prawdę o planecie Ksi czy Paradyzję Janusza A. Zajdla.
Podobne założenia mamy w Łyżwiarzu: miejsce akcji to pozostawiona swojemu losowi ludzka kolonia na planecie Alceda – lodowym globie odległego układu planetarnego, gdzie rzadko przybywa jakiś statek z Ziemi. A pomoc z macierzystej planety bardzo by się przydała, jako że ludność kolonii ma spore problemy. Oto obfite żniwo wśród populacji zbiera mroźnica – groźna i nieuleczalna choroba. Oba te teksty, tak jak teraz sobie przypominam, były prawdopodobnie jednymi z pierwszych gatunkowych hybryd, z jakimi się zetknąłem. Bo przecież: kolonia, obca planeta, ale również… czarownica, przedstawicielka innej rasy. Szkoda tylko, że nie dowiadujemy się wiele o naturze ich „daru” i pochodzeniu, ale w młodości tych braków chyba nawet nie zauważyłem. Takie zestawienie SF z fantasy czy horrorem (bo te gatunki są naturalnym literackim habitatem czarownic) spodobało mi się na tyle, że zapamiętałem te teksty na długie lata. Podobnie rzecz miała się z Łyżwiarzem, gdzie kurierzy śmigający po lodowych pustkowiach sąsiadują z kosmiczną technologią, bo to przecież kolonia, na którą przybywają co jakiś czas statki z Ziemi. Dopiero po latach dostrzegłem echa twórczości chociażby Ursuli LeGuin w tych opowiadaniach. Także Sen o potędze to fantastyka kosmiczna z elementami religijnymi, w której bohater musi odpowiedzieć sobie na pytanie czy aby nie jest on, jak i cały Wszechświat ledwie snem potężnego boga z odległej, zamieszkanej przez prymitywnych tubylców, planecie.

Wspomniałem o ewolucji zainteresowań Krzysztofa Kochańskiego. Kolejne teksty, pochodzące już z lat dziewięćdziesiątych, obracają się już wokół innych zagadnień. O problemach ze sztuczną inteligencją pisze autor w Rexie i wyścigach psów czterokołowych, gdzie łączy ten temat z etycznym aspektem modyfikacji neurochirurgicznych, czy w opowiadaniu Interesy nie idą dobrze, w którym widzimy skutki wirusowego uderzenia, które zmodyfikowało maszyny obdarzone sztuczna inteligencją tak, że teraz podczas każdej pełni rzucają się na ludzi w niecnych celach. Z kolei D.L. Net to taki Matrix z religijnym finałem.
Kilka tekstów autor umocował w konwencji postapokaliptycznej. Takie są wspomniane już Interesy…, świetny Dom spotyka chłopca, a także, znany ze smoczej antologii, ale nie tej z Runy, a wydanej przez wydawnictwo Labirynt w 2005 roku Naletnik, Wąż Ognisty. Ten ostatni tekst zawiera plastyczną scenę walki „potworów” jako żywo przypominającą kadry z któregoś z filmów z Godzillą, a kończy się, podobnie jak D.L.Net, religijnym akcentem.
Zabójca czarownic to interesujący, przekrojowy zbiór, w trakcie lektury którego można prześledzić ewolucję zainteresowań autora, ale też ewolucję jego warsztatu. Niestety, nie będziemy mieli pełnego obrazu tej ewolucji. Zbiór bowiem nie zawiera tekstów, które pomieszczał Kochański w kilku edycjach solarisowych Wizji alternatywnych. Wyjątkiem jest Sen o potędze, który swoją premierę miał w Wizjach… 3. Nie ma tutaj więc postapokaliptycznej Europy po deszczu czy interesującej Latarni. To wielka szkoda, opowiadania te mocno podniosłyby wartość zbioru. Niemniej jednak antologia Kochańskiego jest warta uwagi, choć mam nadzieję, że w następnej zobaczę zarówno brakujące teksty z Wizji alternatywnych, jak i kolejne premierowe fabuły.
Andrzej Miszczak
Krzysztof Kochański, Zabójca czarownic
Runa 2009
ISBN: 978-83-89595-52-2












