Creatio Fantastica

Creatio Fantastica # 26

Creatio Fantastica XXVI

Bez wstępu. Oby do rzeczy.



Szufladki mi niestraszne – wywiad z Dawidem Juraszkiem

 

Przed lekturą wywiadu zapraszamy do obejrzenia krótkiego filmu, który Dawid nakręcił specjalnie dla czytelników CF. Można go obejrzeć pod tym linkiem: www.creatio.art.pl/podcast/film.flv.

 

Sławek Spasiewicz: Może zacznijmy tak: dzieli nas w tej chwili dobrych parę tysięcy kilometrów, bo znowu jesteś w Chinach. Wyglądasz przez okno i… widzisz różnicę? A może, skoro mamy globalizację, jest bardzo… podobnie?

 

Dawid Juraszek: Patrzyłem w Polsce przez wiele okien i jak dotąd nie widziałem przez żadne z nich stawów rybnych i grobli, po których chodzą panowie ze stożkowymi kapeluszami na głowach i bambusowymi nosidłami na ramionach. Ale to tylko wycinek tutejszej rzeczywistości. Wystarczy przejść parę minut przez targowisko wzdłuż drogi wiodącej na kampus i dochodzimy do miasta pełnego bloków i ruchliwych skrzyżowań. To, co inne, i to, co podobne, miesza się tu na każdym kroku.

 

SS: Czyli to, co widzi się czasem w filmach, próbujących oddać wizję dawnych Chin cały czas istnieje? Mówisz o stawach i ryżowych polach, to brzmi trochę tak, jakby po Bronowicach w Krakowie nadal chodzili ludzie w krakowskich strojach ludowych… Jakoś zawsze myślałem, że jedziesz do… powiedzmy, metropolii.

 

DJ: Bo trochę tak jest. To znaczy stroje ludowe są głównie domeną rejonów turystycznych, gdzie wtłacza się w nie dziewczęta mające promować miejscowe atrakcje. Ale starsze panie wciąż chodzą tu we wzorzystych kubraczkach, a starsi panowie w nibywojskowych mundurach, których krój pewnie nikogo by nie uraził w czasach Mao. Młodzi ludzie to już jednak inna historia. A samo miasto to według europejskich standardów istotnie metropolia – jeśli wierzyć Wikipedii, ponoć siedem milionów mieszkańców. I widzi się tutaj ten rozmach, ale równocześnie widzi się to, co jest przekleństwem dzisiejszych Chin – wbrew postępowi gospodarczemu wciąż rosnącą przepaść między biednymi a bogatymi. Więc nie można się dziwić, że po tym samym chodniku elegancki absolwent uniwersytetu z iPhonem w dłoni idzie ramię w ramię z umorusanym dziadkiem niosącym kosze pełne warzyw na targowisko.

 

SS: Czyli… przyzwyczaiłeś się? Czy ciągle myślisz o tym miejscu jako egzotycznym?

 

DJ: Chyba już się przyzwyczaiłem. Ale nie do końca. Mówię „chyba”, bo nie ma dnia, by coś mnie tu nie zaskoczyło. Zwykłe wyjście do supermarketu to wciąż przygoda. Z drugiej strony, nawet rzeczy nowe przyjmuję już z pewną wprawą. Można by rzec, że nie zaskakuje mnie już fakt, że dzieje się tu coś zaskakującego. Egzotyka tkwi tu czasem w miejscach, w których nikt by się jej nie spodziewał. I dlatego, kiedy wczoraj, w eleganckim sklepie z kosmetykami w dzielnicy handlowej, na półce z przekąskami ujrzałem śliczne pudełko zawierające zupę instant z żabich jajowodów, przeżyłem „szok kontrolowany”. Czegoś takiego można się tu spodziewać za każdym rogiem. I ja się spodziewam.

 

 

Niech się mury pną do góry - kampus jeszcze w budowie, ale praca i nauka już wre.

 

Niech się mury pną do góry – kampus jeszcze w budowie, ale praca i nauka już wre.

(fot. Dawid Juraszek)

 

 

SS: Jednym słowem masz chyba materiał na następne dziesięć Skał Które Sprowadzają Cień. Chciałbyś jeszcze kiedyś napisać coś podobnego?

 

DJ: Zdecydowanie. Parę pomysłów na opowiadania o Chinach współczesnych czeka na realizację, jedno niepublikowane dotąd opowiadanie jest zresztą gotowe od bardzo długiego czasu. Chciałbym złożyć z tego zbiorek. Czy uda mi się napisać tych kilka tekstów do końca pobytu – trudno powiedzieć, ale materiał zbiorę na pewno.

 

SS: Zanim przejdziemy do – nieuniknionej w tej sytuacji – rozmowy o Xiao i Cairenie, pozwól, że jeszcze zapytam, o czym by pisał Dawid Juraszek, gdyby do rozpoczęcia przygody pisarskiej nie skusił go pobyt w Chinach?

 

DJ: I to jest pytanie, które sam sobie od czasu do czasu zadaję. Pisać chciałem już wiele lat wcześniej, jako nastolatek próbowałem coś klecić, ale dopiero wyjazd w 2003 roku pozwolił mi się przebić z pierwszym opowiadaniem „chińskim”, czyli Skałą…, zainspirowaną właśnie pewną wycieczką po odludnych zakątkach prowincji Guangdong. Wcześniej próbowałem pisać fantasy, do dziś przechowuję stupięćdziesięciostronicowy maszynopis humorystycznej opowieści pod tytułem Porąbane zlecenie. Oczywiście jest to grafomania czystej wody, ale pewne pomysły, które miałem jeszcze przed pierwszym wyjazdem, znalazły potem realizację. Mówię tu na przykład o opowiadaniu Twarzą w twarz…, które ukazało się w „Science-Fiction, Fantasy i Horror” w 2007 roku, a które było gruntowną przeróbką tekstu popełnionego jeszcze przed pierwszym wyjazdem. Więc pewnie próbowałbym swoich sił w fantasy i humorystycznej fantastyce socjologizująco-psychologizującej. Co by z tego wyszło – to inna rzecz.

 

SS: Pomęczmy zatem trochę tych bohaterów, z których jesteś najbardziej znany: czy Cairen Barbarzyńca powstałby, gdyby nie niecny plan Roberta Szmidta, który zaowocował zbiorkiem opowiadań Fabryki Słów?

 

DJ: Jak tak teraz wracam myślą, to chyba nie. Musiałbym przejrzeć forumowy wątek, żeby się upewnić, ale chyba istotnie nie. Oczywiście znałem i uwielbiałem conanowskie opowiadania Howarda, ale gdyby nie bodziec, jakim był pomysł Szmidta na tę antologię, pewnie nic by mi się nie skrystalizowało. A byłaby szkoda, bo chyba żadne opowiadania nie dały mi przy pisaniu tyle uciechy, co perypetie Cairena z Gór Lenglongling (notabene, nazwa autentyczna). Przypadek rządzi.

 

SS: Jeśli się tak świetnie z nim bawisz, to pewnie i on zostanie bohaterem powieści?

 

DJ: A tu Cię zdziwię. Howard wiedział, co robi, zawierając przygody Conana w formie mięsistych – żeby nie powiedzieć mięśniastych – opowiadań. Być może, gdyby żył dłużej, wyprodukowałby więcej powieści o Conanie niż tylko Godzinę Smoka, ale tak jak jest – czyli Conan głównie w opowiadaniach – jest dobrze. Jeden sążnisty zbiór opowiadań o Cairenie czeka na swoją kolej w Fabryce Słów i mogę chyba zdradzić, że w planach są kolejne opowiadania z tym bohaterem – długie, ale jednak opowiadania.

 

Zwykłe pytanie o zrobienie zdjęcia omal nie kończy się zmiażdżeniem pytającego.

 

Zwykłe pytanie o zrobienie zdjęcia omal nie kończy się zmiażdżeniem pytającego.

(fot. Dawid Juraszek)

 

 

SS: Zaryzykuję stwierdzenie, że powieść o Xiao powstała częściowo z opowiadań, które powiązałeś w całość – a może jednak to powieść rozbiłeś na opowiadania?

 

DJ: Raczej to pierwsze. „Raczej”, bo pewien ogólny zamysł przewodni miałem już przy pisaniu pierwszego opowiadania. Kto czytał powieść, ten wie, że początkowe wydarzenia odzywają się echem pod jej koniec. Ale trzeba było czasu, żeby to wszystko się uleżało i ułożyło. Od napisania Czerwonego Tygrysa do ukazania się Białego Tygrysa minęły ponad trzy lata, podczas których starałem się dopiąć ramę fabularną, opanować ogólną intrygę i tak dalej.

 

SS: Fabryka Słów zapowiada drugi tom tej historii – na nim zamierzasz skończyć?

 

DJ: Powiem tak – przy końcu Białego Tygrysa znajduje się wskazówka co do liczby tomów, a nawet ich tytułów. To tyle tytułem zachęty do lektury. Ale nie namawiam nikogo do odwiedzania księgarń tylko po to, by przekartkować ostatnie rozdziały! Co to, to nie!

 

SS: Czasem mam wrażenie, że niektórzy autorzy znajdują pewnego rodzaju przyjemność w męczeniu swoich postaci. Czy Ty także zamierzasz przegonić biednego Xiao po całym znanym świecie, czy też planujesz dać mu trochę odpocząć?

 

DJ: Jedno drugiego nie wyklucza. Nie powiedziałbym, że „męczenie” Xiao daje mi przyjemność. Zmierzam do pewnego celu, a mój bohater musi tam ze mną iść, czy chce, czy nie. Przeważnie nie chce, ale przecież wiemy, jaki on jest. To nie heros, choć czasem potrafi się postawić, to nie intrygant, choć czasem potrafi wyjść na swoje. To zwykły, mający małe marzenia człowiek, który wpadł w sprawy większe od siebie i próbuje jakoś się w nich odnaleźć. Żeby się odnaleźć, musi się trochę poszukać. I to widać w Białym Tygrysie oraz w dopiero co ukończonym Czerwonym Ptaku.

 

SS: Pytam także dlatego, że marzy mi się zobaczyć Xiao w „prostej” sytuacji, gdy akurat nikt go nie ściga ani on nikogo nie goni, gdy nie ma zagadki do rozwiązania i gdy kłopoty nie spadają mu na głowę – czy codzienność świata, w którym on żyje, jest godna opisu?

 

DJ: Jest. Zresztą staram się ją odmalowywać równolegle do opisywania perypetii bohatera. W Tygrysie i Ptaku widać świat obok, ten świat, w którym normalne życie chciałby toczyć Xiao. Zwykła rzeczywistość jest tam cały czas na wyciągnięcie ręki. I tu właśnie jest problem – Xiao próbuje tę rękę wyciągać, ale na próżno. Czy w Czerwonym Ptaku wreszcie mu się uda? Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam.

 

SS: Nie kusiło Cię nigdy, żeby umieścić gdzieś w tym świecie siebie? A może już tam jesteś, może któraś z postaci (niekoniecznie sam Xiao) jest Ci na tyle bliska, że miałbyś… hm, pewne opory, żeby się z nią rozstać?

 

DJ: Takich pokus nie miałem i nie mam – może dlatego, że już i tak wkładam sporo siebie w każde swoje opowiadanie. Jak chyba każdy autor piszę o sobie albo też sobą, w tym sensie, że wkładam w tekst swoje przemyślenia i przeżycia. To banalne, ale jestem „rozproszony” po całym tekście i nikt konkretny nie jest moim porte-parole. Również dlatego chyba nie miałbym oporów, żeby pozbyć się jakiejś postaci, gdyby tak radykalne rozwiązanie potrzebne było dla efektu całościowego. Bohaterzy są tylko elementem całej konstrukcji, cegłą, trybikiem. Jeśli na ich wymianie lub usunięciu całość może zyskać, to nie ma co kierować się sentymentami. Od razu jednak mówię – o życie takiego na przykład Cairena nikt nie musi drżeć. Przynajmniej na razie.

 

 

Ceglana wieża z epoki Qing. Stoi co najmniej od stulecia, nie wiadomo, czy postoi kolejną dekadę.

 

Ceglana wieża z epoki Qing. Stoi co najmniej od stulecia, nie wiadomo, czy postoi kolejną dekadę.

(fot. Dawid Juraszek)

 

 

SS: To może jeszcze nieco o Twojej działalności dziennikarskiej – czy zaczęła się podobnie jak pisarska?

 

DJ: Pierwszy mój drukowany artykuł rzeczywiście dotyczył Chin i w Chinach został napisany. Do dziś zdecydowana większość mojej publicystyki dotyczy Chin właśnie. Ale podobnie jak było z opowiadaniami, tak i artykuły pisywałem już wcześniej. Próbowałem publikować teksty primaaprilisowe, zabierać głos w sprawach dotyczących ubezpieczeń dla turystów górskich, wtrącać swoje trzy grosze w debatę o polskim szkolnictwie. Artykuł Zglobalizować edukację!, który ukazał się we wrześniu 2005 w „Fahrenheicie”, przedtem nawiedził redakcje kilku tygodników. Gdyby nie Chiny, pewnie znalazłbym inny temat.

 

SS: Nie boisz się zaszufladkowania? Już jesteś najbardziej znany i doceniany za swoje teksty o Chinach właśnie, tych prawdziwych i tych fantastycznych. Co by było, gdybyś wykonał woltę i stwierdził, że porzucasz (przynajmniej na jakiś czas) tę tematykę dla czegoś innego? Jeśli byłbyś chętny na taką zmianę, czemu mógłbyś się poświęcić z podobną ochotą?

 

DJ: Chiny, a biorąc pod uwagę Cairena cały Orient, to temat tak szeroki, że jakaś ciemna i ciasna szufladka raczej mi nie grozi. Myślę o tym raczej jako o znaku firmowym. Nie jest źle mieć rozpoznawalną markę – wtedy odejście od głównego nurtu swojej twórczości też przyciąga uwagę. Ale już teraz mam na koncie kilka opowiadań, z Chinami niemających nic wspólnego, z których większość została dobrze przyjęta. I nie zamierzam tego zmieniać. O czasowym porzuceniu tematyki orientalnej po ukończeniu Czerwonego Ptaka informowałem niedawno w swoim wątku na Forum SFFiH i reakcje były zachęcające. W najbliższym czasie chcę zając się „neoSarmacją”, jak roboczo nazywam projekt sprowadzający się do wyekspediowania staropolskiej szlachty w świat przyszłości. Opowiadanie 2647: Odyseja sarmacka z kwietniowego SFFiH zostało przychylnie przyjęte i mam akurat na tapecie coś w podobnym guście. Oczywiście, w aktualnych warunkach praca nad tym cyklem nabiera szczególnych barw – nie mogę po prostu wziąć z półki czy biblioteki Paska albo Fredry, tylko muszę wszystko ściągać z Wiki-źródeł, ale perspektywa czytania szlachetczyzny w drodze do pracy autobusem pełnym Chińczyków to nielicha inspiracja. Reasumując – szufladki mi niestraszne.

 

Z Dawidem Juraszkiem, korzystając z dobrodziejstwa komunikatorów internetowych, rozmawiał Sławomir Spasiewicz