Creatio Fantastica # 26
Creatio Fantastica XXVI
Bez wstępu. Oby do rzeczy.
Lwy nie chodzą watahami
Toczy się dyskusja. Dostałem zaproszenie. Przyglądam się, ale milczę. Dlaczego?
Sposób, w jaki profesor Antoni Smuszkiewicz uzasadnił przyznanie Rafałowi Kosikowi Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego, sprowokował polemikę ze strony Pawła Matuszka, byłego już redaktora naczelnego „Nowej Fantastyki”. To z kolei wywołało do tablicy Andrzeja Zimniaka, pomysłodawcę nagrody, i w ten sposób odżyła debata o literackich nagrodach fantastycznych. To tak w esemesowym skrócie. Dostałem od Andrzeja Zimniaka sympatyczne zaproszenie do dyskusji na ten i inne tematy jako – mam nadzieję, że nie łamię tajemnicy korespondencji – członek grupy „młodych lwów”, która „powinna stać się zaczynem pewnego ruchu literackiego”. Mile połechtany, zajrzałem na stronę nagrody, zapoznałem się z opiniami i kontropiniami, przeczytałem, na czym miałby polegać projekt „Ekspozycji Literatury Fantastycznej”, podrapałem się w głowę, i – nic.
Czy to znaczy, że na sercu nie leży mi dobro polskiej literatury fantastycznej? Ależ leży. A może nie obchodzi mnie kształt nagród fantastycznych? Ależ obchodzi. W końcu jako autor takich właśnie tekstów należę bądź co bądź do grona kandydatów do takich właśnie nagród. Czy jednak moją rolą jest kształtowanie czegokolwiek poza własną twórczością? Czy wypada, bym zabierał głos w sprawie nagród, które sam mogę otrzymać? Jedną ręką pisać i wydawać teksty literackie, drugą pisać i wydawać opinie o tychże nagradzaniu – coś tu zgrzyta, nieprawdaż? Przypomina mi się inny popularny dylemat: czy pisarz powinien recenzować kolegów po piórze. Osobiście się od tego powstrzymuję, czy raczej powstrzymałem, zdarzyło mi się bowiem opublikować kiedyś kilka recenzji książek polskich autorów. Oba dylematy trzeba moim zdaniem rozstrzygnąć wyłącznie we własnym sumieniu; nikogo nie można do niczego nakłaniać.
Spójrzmy jednak szerzej, poza „środowisko” fantastów. Czy sam fakt, że coś napisałem i wydrukowałem, sprawia, iż moja opinia w jakiejkolwiek sprawie nabiera większego ciężaru gatunkowego? Trzymając się kwestii bieżącej: czy jestem specjalistą od nagród? Nie, jestem autorem starającym się pisać coraz lepsze teksty. Nijak ma się to do wiedzy na temat tego, czy lepszy jest system australijski, czy metoda d'Hondta, czy może ucieranie się w obrębie jury, czy co tam jeszcze, nie wiem, skąd mam wiedzieć. Oczywiście są kwestie, przy których opiniowaniu ekspercka ani w ogóle żadna wiedza nie jest potrzebna – ot, choćby idee czy ideologie stojące za nagrodami. Ale do tego także musiałbym głębiej wejść w sam temat rzeczonych nagród, poznać ich założenia, historię, precedensy i akcydensy, licho wie co jeszcze. I choć cieszę się, że te nagrody w ogóle istnieją, a jeszcze bardziej będę się cieszył, jeśli którąś dostanę, to zgłębianie takich i podobnych tematów nie jest moją rolą. Mało, że to nie moja działka; na domiar złego nic mi to nie daje, nie wzbogaca mnie, nie pociąga, nie sprawia przyjemności. Odżywające regularnie dyskusje wokół nagrody im. Janusza A. Zajdla przekonały mnie, że nie warto wchodzić do tej rzeki nawet raz. Po co więc miałbym teraz porywać się na jakąś publiczną opinię? Pro publico bono? Jak, skoro się na tym nie znam? Życie zdążyło mnie już nauczyć, że zawsze warto zostawiać sobie furtkę, dlatego nie wykluczam, że jeśli kiedyś, gdzieś, jakieś wydarzenie w „środowisku” bardzo mnie poruszy, to zabiorę głos. Na razie jednak nie czuję do tego najmniejszej ochoty.
Andrzej Zimniak wydaje się wiązać nadzieje z grupą „poszukujących pisarzy, skupionych wokół tomu Nowe idzie” pod redakcją Michała Cetnarowskiego. Na http://zulawski.nast.pl/blog/ pisze o potrzebie konsolidacji „młodego duchem środowiska literackiego, które pokaże, podda pod dyskusję i ocenę oraz wypromuje własne interesujące dzieła, kierunki, eksperymenty”. Cudzysłów nie jest tu tylko znakiem cytatu. Osobiście wątpię, by coś takiego jak środowisko miłośników fantastyki, pisarzy fantastyki, fantastów itp. w ogóle istniało. Są osoby zajmujące się i interesujące tym czy owym, z których część łączą słabsze lub silniejsze więzi różnej natury, i tyle. Jeśli komuś to wystarcza, by mówić o „środowisku”, w porządku. Mnie nie.
Swego czasu toczyła się żywiołowa dyskusja forumowa na temat przynależności do fantastycznego fandomu. Pośród rzucanych tam tez najradykalniejszą była ta, iż należy do niego każdy, kto choć trochę interesuje się fantastyką, kropka. Jeśli do tego jeszcze udziela się na fantastycznych forach i, nie daj Bóg, sam coś fantastycznego pisze, to już fan z niego sfaniały do szpiku kości. Nie mam zamiaru ani chęci odtwarzać teraz przebiegu dyskusji; kto chce, może odszukać ją na forum „Nowej Fantastyki”. Dość rzec, że pomimo usilnej argumentacji teza ta nie wydała mi się przekonująca. I także teraz, gdy czytam o tym, co dane „środowisko” powinno zrobić, zastanawiam się, o kim mowa. Bo na pewno nie o mnie.
Czas skamandrytów przeminął. Nowe idzie to nie manifest nowego pokolenia pisarzy. To zbiór opowiadań kilku osób, które na pewnym etapie opublikowały swoje teksty w tej samej książce, ale w żadnym razie nie są wokół niej „skupione”, osób w podobnym okresie stawiających pierwsze kroki na polu fantastyki, ale przemierzających je swoimi drogami, w swoim tempie i ku swoim celom. Gdzie tu ruch literacki? Kogo tu konsolidować? Próba narzucenia im – nam – jakiejś grupowości, środowiskowości czy pokoleniowości byłaby i mylna, i szkodliwa, ale to bez znaczenia, jest bowiem zwyczajnie niewykonalna. Gdyby Andrzej Zimniak pozostał był przy utartej frazie „młode wilki”… A tak – vide tytuł.
Był okres, kiedy namiętnie zabierałem na fantastycznych forach głos w kwestiach najróżniejszych, także niemających z fantastyką wiele wspólnego. Był i minął. Przekonałem się na własnej i cudzej skórze, że głosić opinie to łatwizna, choć często zżerająca nerwy. Mógłbym w tym momencie zapytać prowokacyjnie: czy powinniśmy iść na łatwiznę? A jednak niniejszym tekstem poszedłem właśnie na ową łatwiznę. Dlaczego? Bo czasem warto głośno mówić, czemu się milczy.
I tak zaproszenie do zabrania głosu zmusiło mnie do zabrania głosu, nie tyle jednak w kwestii będącej przedmiotem zabierania głosu, ile na temat zabierania głosu jako takiego. Szczerze kibicuję nagrodom i podobnym inicjatywom, wolę jednak pozostać z boku. Dlatego ten tekst ukazuje się nie na oficjalnym blogu Nagrody Imienia Jerzego Żuławskiego, lecz na łamach niezwiązanego z nią bezpośrednio e-zinu. Jeśli komuś ta opinia wyda się ciekawym wkładem w dyskusję o i w „środowisku”, to OK. Jeśli nie – cóż, nie to jest jej celem. Co więc nim jest? Prośba o święty spokój? Zrobienie wokół siebie autopromocyjnego szumu? Zamaskowana próba wpłynięcia na bieg rzeczy? Samozwańcze podniesienie sztandaru pewnego „środowiska”, powiedzmy „młodych robiących swoje”?
Dawid „Gustaw G. Garuga” Juraszek












