Creatio Fantastica # 26
Creatio Fantastica XXVI
Bez wstępu. Oby do rzeczy.
Creatio Fantastica XXIV
Ostatnio spróbowałem się zastanowić, jaki charakter ma działalność „Creatio Fantastica” i wyszło mi, że jesteśmy pismem konserwatywno-punkowym. Zadziwiające to połączenie, teza też co najmniej zaskakująca, spróbuję ją zatem nieco uzasadnić.
CF jest konserwatywne, ponieważ jest czasopismem. W dobie interaktywnych serwisów internetowych, co parę dni/godzin uaktualnianych blogów, Facebooka, Twittera, nieustannej wymiany zdań na forach, zmienianie zawartości strony co dwa miesiące jest anachronizmem. Nasza newsownia, aktualizowana dzięki informacjom przesyłanym przez wydawnictwa i dystrybutorów filmowych, to też żaden dowód na ustępstwa wobec „nowoczesności”, raczej swoista konieczność, znak czasów. Multimedialność nieśmiało wkroczyła do nas tylko za sprawą wywiadów nagrywanych na dyktafon w komórce, w jednym przypadku dzięki pomocy znajomego znajomego z amatorską kamerą cyfrową. Na przestrzeni lat niewiele zmieniła się zawartość pisma – zniknął dział RPG, ponieważ ci, którzy chcieli go niegdyś poprowadzić, przestali mieć czas na granie, ale w zamian za to pojawił się podobny o grach planszowych.
A od tego numeru znika dział literacki w dotychczasowej formie.
Zdecydowaliśmy się nie publikować przysyłanych nam opowiadań w każdym numerze. Za Emilem Strzeszewskim, któremu ufam w tej sprawie jak sobie samemu, stwierdzę, że ich ilość nigdy nie przechodziła w jakość, z pokątnie przeprowadzanych rozmów wiem też, że literatura w CF cieszyła się bardzo znikomą popularnością. Zatem postanowiliśmy, że raz na jakiś czas, gdy uzbieramy wystarczającą grupę tekstów wartych naszego czasu poświęconego pracy redakcyjnej, upublicznimy je w formie numeru specjalnego, dostępnego wyłącznie w formacie PDF.
Co przypomina mi, że od co najmniej roku obiecujemy udostępnienie całego naszego archiwum w PDF i nadal nie mogę powiedzieć, że nam się powiódł ten zamiar. Ale może ten rok przyniesie zmiany...?
A dlaczego jesteśmy punkowi? Bo w redakcji pisma panuje zdrowa anarchia. Ogranicza nas tylko termin wydania kolejnego numeru i limit znaków, który kiedyś tam sobie ustaliliśmy. Nikt nie stoi nad nikim i nie zmusza do napisania kolejnego tekstu. Autorzy piszą o czym chcą, kiedy chcą, jak chcą (no, prawie – teksty jednak poddawane są redakcji!) i odpowiadają przed sobą samym za swoją szczerość. Jak nie chcą – nie piszą. Każdy kolejny numer ukazuje się dlatego, że kilkanaście osób postanawia raz na dwa miesiące poświęcić tej idei trochę czasu, i tylko te osoby wiedzą, czemu się na ten wysiłek zgadzają. Nikt nie płaci nam za dobre recenzje. Za złe też nie. Współpracujemy, bo mamy na to ochotę, ale każdy z nas pracuje najpierw dla siebie. Kto chce, jeździ na konwenty, ale jak dotąd nikt nie wziął w takiej imprezie udziału jako oficjalny przedstawiciel redakcji, który ma coś do powiedzenia na temat działalności zespołu. Każdy podbija świat na własny rachunek i każdy też ma prawo do tego, żeby dać sobie z tym spokój.
Podejście to funkcjonuje skutecznie od paru lat i na razie nie zamierzamy go zmieniać. A co z tego wyszło tym razem – sami zobaczcie.
Sławomir Spasiewicz












