Creatio Fantastica

Creatio Fantastica # 26

Creatio Fantastica XXVI

Bez wstępu. Oby do rzeczy.



Środkowy, wyprostowany

 

Kolejność, w jakiej tworzę teksty do tego numeru CF, jest w pewnym sensie nieprawidłowa. Najpierw siadłem do zbioru Makabreski Dawida Kaina (wydanego w tym roku), gdzie ponownie przeczytałem Nocną audycję, którą – jeśli pamięć nie zawodzi – autor przesłał mi jeszcze w czasach ś. p. „Ubika”, a ja wtedy nie przyjąłem jej do druku. Moje przemyślenia na temat zbioru można znaleźć tutaj. Dopiero po napisaniu tamtego tekstu sięgnąłem po powieść Prawy, lewy, złamany, po trzech latach od jej ukazania się. Teraz mam problem – już na początku muszę napisać, że owa książka jest niczym innym jak twórczym przekształceniem naszkicowanego w opowiadaniu pomysłu. A aby to udowodnić, sięgnę między innymi po narzędzia analizy porównawczej i będę zdradzał fabułę.

 

Zarówno pomysł jak i strategia mają swoje fantastyczne korzenie w jednej i tej samej osobie, Philipie K. Dicku, człowieku, który na kartach niemal wszystkich swych powieści zastanawiał się nad stopniem zakłamania naszej rzeczywistości. Najbliżej odkrycia prawdy o istocie swej egzystencji był jeden z bohaterów Człowieka z Wysokiego Zamku, choć nawet on nie zdobył się na to, by wyzwać swojego czytelnika, jak postąpił Gavein z Gniazda światów Marka S. Huberatha.

 

Tymczasem bohaterowie Nocnej audycji oraz Prawego, lewego, złamanego docierają do samego sensu i celu swojego istnienia. W brutalnie prosty sposób wyjaśnia się im, że istnieją jedynie w cudzej wyobraźni, zostali opowiedziani przez chłopaka marzącego o karierze radiowego didżeja bądź zarejestrowani na taśmie filmowej jako projekcja marzeń pewnego reżysera. Nie istnieją i wydaje im się jedynie, że mają swoje własne życiorysy i charaktery.

 

Już samo to wystarcza, aby czytelnik zakwalifikował oba teksty jako historie grozy. W obu przypadkach postacie egzystują w deterministycznym piekle. Ich zachowania, przemyślenia i postawa życiowa zostały im włożone do głowy, a każdy, nawet najmniejszy gest czyni ich częścią puszczonej w ruch przez reżysera maszynerii. Nie uciekną w bierność, nie uciekną od niczego, bo wszystko, cokolwiek i jakkolwiek robią, zostało już zaplanowane. Wszystko, łącznie z wywołującą przerażenie świadomością stanu rzeczy, ogarniającą ich na chwilę przed tym, zanim przestaną istnieć.

 

Kain próbuje tu sztuczki, którą po mistrzowsku zastosował Alfred Hitchcock w Psychozie. Przez długi czas rozwijał historię Marion Crane. Sprawił, że widz zdążył się przyzwyczaić do kobiety jako do głównej bohaterki opowieści. Zgodnie z teorią odbioru dzieła według Romana Ingardena odbiorca zdążył ją już we własnej głowie opisać o wiele bardziej szczegółowo, niż zrobił to twórca. Określił swoje uczucia, które będzie na jej widok odczuwał aż do końca seansu. I nagle Marion została zamordowana, a film toczył się dalej.

 

Bohaterem Psychozy było jednak życie i dlatego brak postaci, na której koncentrowało się oko kamery, nie powodował zakończenia opowieści. Tymczasem w obu tekstach Kaina rzeczywistość została stworzona specjalnie dla postaci i kończy się razem z nimi. Przed apokalipsą nie uratuje bohaterów nawet to, że – jak w Prawym, lewym, złamanym – osobą podtrzymującą istnienie świata był zupełnie kto inny, niż się spodziewaliśmy.

 

Prawy, lewy, złamany - okładka

 

Warto zauważyć, że autor czyni swoją własną twórczość częścią świata przedstawionego, poddając w ten sposób w wątpliwość również niezależność własnego istnienia – siedzący w kolejce do psychiatry Andrzejek oddaje się lekturze makabreski Dawida pod tytułem Kopie.

 

O ile jednak w twórczości Dicka za zakłamaniem świata stały różne tajemnicze siły, od istot demonicznych po tajne organizacje, u Kaina winny jest zawsze ten sam – media. Telewizja pokazująca coraz bardziej idiotyczne seriale i reality shows. Radio, sprowadzone do roli nadawcy muzycznego pop-bełkotu. Czasopisma goniące za sensacją. Twórcy filmowi mylący naturalizm z hiperrealizmem.

 

Wszystko zaczyna się niewinnie. Tworzący Nocną Audycję Adrian jest przecież zaledwie niespełnionym radiowcem, który wyobraża sobie odbiorców swojej idealnej audycji. Jednak, jak każdy twórca, obdarzony jest siłą demiurga. Zapowiedzią utworu – dedykacją powołuje do życia kolejnych słuchaczy i ich małe światy, które następnie zniszczy, bo jest zmęczony. Nie odczuje przy tym bólu czy współczucia, bo kto martwi się losem pionków pobitych na planszy?

 

Olek, jeden z bohaterów Prawego, lewego, złamanego jest człowiekiem świadomym swojej mocy, ale nie może (i pewnie też nie chce) jej używać. Co z tego, że jest krytykiem muzycznym, tym, który ma moc skierowania uwagi publiczności na właściwego twórcę, na ważne sprawy? I tak sprzedał się swojemu szefowi, którego gustu nie znosi, ale za odpowiednią sumę pieniędzy napisze wszystko to, co mu każą.

 

Na końcu tego wyliczenia znajdujemy człowieka każącego siebie nazywać Adamem Omegą. Odkrywszy sposób na bezpośrednie przeniesienie płodów swojej wyobraźni na taśmę filmową tworzy sobie Piotra, Annę i Andrzejka, ich rodziny, znajomych, cały świat i całe życia, obdarza ich względną autonomią, po czym kręci film z nimi w rolach głównych. Tylko dopadające go problemy z koncentracją (albo perwersyjne zabawy osiemdziesięcioletniego starca) sprawiają, że bohaterowie jego dzieła zaczynają się orientować w sytuacji. Niestety, z tego świata nie ma innej drogi ucieczki niż ta, którą wybiera Andrzejek, czyli szaleństwo i śmierć.

 

Zarówno Nocna audycja jak i Prawy, lewy, złamany są dziełami autotematycznymi, a opisani w nich „prawdziwi demiurgowie” nie mają pojęcia o tym, że wyszli spod pióra kolejnego demiurga. Nie zamierzam jednak zadawać Dawidowi Kainowi bzdurnego pytania, czy pisząc swoje teksty chce nam przekazać, iż uważa, że proces twórczy jest wątpliwy moralnie. Interesująca byłaby natomiast (jak sądzę) autorska wypowiedź na temat tego, jaki ma sens wzbudzanie wątpliwości co do jakości przekaźnika używając tegoż przekaźnika. Czy autor chce otworzyć nam oczy? A może pobawić się z nami? A może... pobawić się nami?

 

Sławomir Spasiewicz

 

Dawid Kain, Prawy, lewy, złamany

Forma, 2007

ISBN: 978-83-922577-7-6