Creatio Fantastica # 26
Creatio Fantastica XXVI
Bez wstępu. Oby do rzeczy.
W okowach fantazji, w pajęczynie realu (14)
O odgrzewaniu potraw
Choć nie będę pisał wyłącznie o mężczyznach, zacznę właśnie od nich. Doświadczenie przekonuje mnie, że mężczyźni dzielą się na takich, którzy potrafią bez problemu odgrzać zostawiony w lodówce obiad, i takich, którzy przypalą nawet wodę w czajniku (kulinarnych wirtuozów jest mało i nie warto o nich w tym miejscu wspominać). Skąd bierze się umiejętność odgrzania jedzenia i nie sfajczenia go po drodze? Oczywiście, z odrobiny refleksji nad wyjętym z lodówki garnkiem; nawet przygotowując gotowe danie trzeba pamiętać, że na patelnię dobrze wlać trochę tłuszczu, a kuchenki mikrofalowej nie należy (jak zrobił to pewien prawnik w mojej starej firmie) włączać na pół godziny i iść coś załatwić – pizza wyrusza wtedy w długą podróż po całej klimatyzacji. Odgrzewać kotlety trzeba umieć, jest to pewna sztuka, a dodanie do potrawy indywidualnego rysu (na przykład zrobionej własnoręcznie surówki) jest w najwyższym stopniu godne pochwały.
Ostatnio miałem przyjemność skosztować dwukrotnie czegoś, co nazwałbym odgrzewaną potrawą, ale towarzyszyły temu zgoła odmienne wrażenia smakowe. Pierwszy raz dotyczył książki przyrządzonej przez Joannę Skalską według znanego iberoamerykańskiego przepisu, czyli, rzecz jasna, Eremanty; i tu rozsmakowałem się jak rzadko, powieść urzekła mnie swoim bogactwem (potrawa była tak dobra pewnie dlatego, że wyszła spod kobiecej ręki). Drugi raz był „filmowy” i zdarzył się dosłownie przed chwilą, a mam na myśli obraz Predators stworzony przez tandem reżysersko-producencki Antal (ten od Kontrolerów) i Rodriguez (tak, właśnie ten Rodriguez); wyszedłem z kina zdziwiony swoją naiwnością i zaskoczony, że w ogóle byłem na seansie.
Oba przypadki zmusiły mnie do gruntownego zastanowienia się nad użyciem przez artystę tworzywa wybitnie znanego odbiorcy, nad stylizacją i kontekstem, nad funkcją jaką odgrywa poziom znajomości danego gatunku lub zgoła historii opowiedzianej w utworze. Na co dzień rzadko zdajemy sobie sprawę, jak bardzo naszą percepcję kształtują wcześniejsze doświadczenia. Czy ktoś, kto zobaczy najnowszą historię o kosmicznych łowcach, a nie spotkał się nigdy w kinie z tą rasą, będzie przeżywał film tak samo jak ja? – oczywiście, nie. Dla mnie to legendarna historia z młodości, rzecz, która szokowała nowością efektów specjalnych i przykuwała uwagę rosnącym napięciem, dlatego Antal mierzył się z dość wymagającym przeciwnikiem. Tak, dla wielu młodych ludzi dorastających w latach osiemdziesiątych pierwszy Predator był kultowym filmem, więc krytycyzm jest tu większy niż w przypadku bardziej „oryginalnych” produkcji.
Podobnie – choć na zupełnie innym poziomie emocjonalnym i intelektualnym – jest z realizmem magicznym, literaturą, która towarzyszyła mi przez ładnych parę lat licealno-akademickich. Kiedy zorientowałem się, że Skalska tworzy historię w tym klimacie, moją pierwszą reakcją był lęk, że może sobie nie poradzić, bo to naprawdę trudne zadanie (przy całej odmienności kulturowej i historycznej), a – przede wszystkim – niewykluczone, że zadanie niepotrzebne. Po co odtwarzać styl i tematykę utworów sprzed półwiecza, skoro świat posunął się naprzód, tempo akcji wzrosło, opisy zgęstniały, skróciły się i zbrutalizowały, a magia stała się raczej pop-świecidełkiem niż tajemnicą? Po co pisać na nowo coś, co zrobili wystarczająco udanie Julio Cortazar, Gabriel Garcia Marquez czy – z nieco innej beczki – Camilo Jose Cela (w Mazurku dla dwóch nieboszczyków)? Oto jest pytanie!
Można skonstatować, że cała sztuka jest bezustannym obracaniem starych motywów, niekończącym się recyklingiem tematów i ujęć, i na tym zakończyć całą dyskusję (lub monolog wewnętrzny). Na przykład w świecie muzyki covery są czymś bardzo często spotykanym, a nowe wersje nierzadko podobają się odbiorcy bardziej niż oryginały; żeby nie być gołosłownym, przytoczę tu tylko Stranger than kindness (Fever Ray moim zdaniem lepsza od Nicka Cave’a) oraz Song to the siren (This Mortail Coil porywa mocniej niż Tim Buckley).
Musimy tu podkreślić i wyjaśnić sobie dwie rzeczy: „normalne” mieszanie motywów to nie to samo co jawne wzorowanie się na czymś (lub na kimś) lub zgoła tworzenie sequeli, prequeli lub innych srequeli. Po drugie, pobudki bywają różne: od artystycznego zachwytu i chęci zmierzenia się z niedościgłym wzorem, przez pewną niemoc w tworzeniu oryginalnych założeń, aż do zwykłej chęci zarobienia paru groszy na historii, którą wszyscy dobrze znają i lubią (wracając do kulinariów, najłatwiej w gastronomii wystartować ze śmieciowym jedzeniem, ponieważ hot-dog nie musi być oryginalny, ważniejsza jest cena).
Spotkałem się z opiniami, iż Joanna Skalska popełniła błąd nie poprzestając na opisaniu losu Eremanty, lecz wplatając do powieści także wątek „emigracyjny”. Zdaniem niektórych psuje to całą historię, zaburza spójność tekstu, czytelnik jest wybudzany ze snu, w który rad by zapaść podczas lektury. Ależ piramidalne nieporozumienie! Oczywiście, historia wioski opowiedziana bez tła w postaci historii tłumaczki (czy na pewno tła?) byłaby nadal ciekawa i frapująca, ale pominąwszy fakt, że brakowałoby jej trochę do miana pełnowymiarowej powieści, byłaby tylko czymś w rodzaju hołdu złożonego starym mistrzom realizmu magicznego, literaturą epigońską. Dopiero rzeczy, które dzieją się współcześnie (wraz z historią szczecińską, której nie nazwałbym oddzielnym wątkiem) mnożą możliwe sposoby odczytania książki i nadają jej głębię niespotykaną w większości fantastycznych utworów. Otrzymaliśmy potrawę, która wygląda jak tortilla, ale smakuje trochę jak schabowy – brawo, właśnie o to chodzi. Gruntowne przetworzenie znanego motywu lub sposobu ujęcia tematu daje niezwykły ładunek, gdyż sensy znane i nieznane odbiorcy nachodzą na siebie i buzują w reakcji chemicznej zachodzącej w głowie podczas lektury.
Społeczności opisywane przez autorów iberoamerykańskich są często dziwne, zamknięte i naznaczone stygmatem: fatum, oczekiwaniem śmierci czy wykwitem świńskiej skóry na czole, więc milczenie bohaterów Skalskiej doskonale wpisuje się w ten schemat. Ale kiedy nałożymy na nie alienację narratorki, losy mieszkańców polskiego Londynu, historię z roku 1970 i postać ksenofobicznego Anglika z ogródka obok, dopiero zaczynamy w pełni rozumieć (lub raczej czuć) siłę tego milczenia. I nie chodzi tu tylko o uniwersalizm ludzkiej samotności, prosty egzystencjalizm, chodzi o coś więcej, coś nieuchwytnego, co każdy czytelnik musi odnieść w jakimś stopniu do samego siebie, do własnego życia. A wszystko podane bardzo spokojnie i nienachalnie, cały czas pozostawiające wybór, jak głęboko odbiorca chce zanurzyć się w opisywaną historię.
Czy to samo można zrobić w kinie akcji, czy też Nimrod Antal zabierając się za kręcenie kolejnej części znanej historii w gatunku chyba bardziej skonwencjonalizowanym niż realizm magiczny, jakim jest kino akcji (z wątkiem SF), był od razu skazany na wtórność i artystyczne duszenie się? Bynajmniej! Już choćby trzy pierwsze części Obcego (filmu kojarzonego z Predatorem przez serię Alien versus Predator) przekonują, że znane historie można jednocześnie konsekwentnie kontynuować i wplatać w nie nowe wątki, ale trzeba mieć tę odrobinę refleksji nad garnkiem, o której pisałem na początku.
Tej refleksji zabrakło nie tylko reżyserowi (co jestem jeszcze jakoś skłonny zrozumieć), ale i przereklamowanemu, moim zdaniem, Rodriguezowi. Mogli pójść w klasyczną kontynuację pierwotnej historii, ale odpowiednio uwspółcześnić ją i przyspieszyć (zintensyfikować fabularnie) albo zakpić sobie ze starego filmu i co najmniej kilka razy puścić oko do widza. Tymczasem obraz próbuje naśladować oryginał, ale robi to w chaotyczny i rozlazły sposób, z ekranu po prostu wieje nudą, a kiedy twórcy puszczają wreszcie wytęsknione oko (za sprawą postaci granej przez Fishburne’a) jest to naprawdę żenujące – rozdwojenie jaźni przedstawione tak, jak wyobrażają je sobie przedszkolaki.
Największą wadą filmu Predators jest brak pomysłu, jak w ograny schemat tchnąć nowego ducha. Sama sceneria innej planety (co zdradzają niepotrzebnie zapowiedzi) czy szczątkowe ukazanie konfliktu między łowcami nie wystarczy. Jeśli każdy film o potworach jest, mimo wszystko, filmem o ludziach, kreacje tych ostatnich powinny być przekonujące i zapadać w pamięć, a tu mam rozlazłych niby-twardzieli, którzy nie mogą się zdecydować, czy zostali wycięci z komiksu i powinni wydawać z siebie tylko dźwięki w rodzaju „Aaargh!” czy też przypadkiem nie powinni pofilozofować. Ostatecznie trochę filozofują i, zaprawdę powiadam wam, bardziej przekonująco wypadł niegdyś Schwarzenegger, który mało mówił i głównie napinał muskuły. A tytułowi drapieżcy, rzekomo mistrzowie walki i taktyki, też nie są lepsi! Co prawda w ogóle nie filozofują, ale ich mistrzowska taktyka sprowadza się głównie do parcia głową do przodu i wymachiwania dredami oraz przerośniętymi kłami. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że jest to jakaś wyjątkowo leniwa „zmiana warty”, i że w gruncie rzeczy wcale nie chcą tych wszystkich ludzi pozabijać, woleliby iść na piwo ze swoimi „psami”, i wkurza ich tylko fakt, że ukrywający się przed nimi rozbitkowie strasznie hałasują w dżungli.
Reasumując, nie bardzo wiadomo, o co chodziło twórcom Predators. Jeśli o przypomnienie klasycznej pozycji, to wykonali swoja robotę zbyt niedbale i pospiesznie, nie przemyśleli przede wszystkim postaci drugoplanowych i interakcji pomiędzy nimi. Scenom dobrym (jak otwierający film zrzut na spadochronach czy moment, gdy bohaterowie widzą obce niebo) towarzyszą drętwe dialogi i niemrawe sceny walki. Przyszło mi do głowy, że ludzi na planecie-rezerwacie było zwyczajnie zbyt mało, by łowcy mogli zapolować na całego, dlatego musieli oszczędzać swoją zwierzynę.
I tak doszedłem do wniosku, że Predators to film o wydźwięku ekologicznym. Jest to wołanie o zachowanie rzadkich gatunków i zachęta do walki z kłusownictwem. Adrien Brody i jego kompania oglądani z tej perspektywy stają się mniej drażniący, a Predatorzy bardziej wzniośli i poprawni politycznie; być może ten, który wisiał w obozowisku na drzewie, był właśnie kimś w rodzaju nierozważnego myśliwego, skazanego przez sąd koleżeński. Kotlety trzeba bowiem odgrzewać z głową i nie serwować ich z bitą śmietaną, to pierwsza i najważniejsza zasada.
Cezary Zbierzchowski












