Creatio Fantastica

Creatio Fantastica # 26

Creatio Fantastica XXVI

Bez wstępu. Oby do rzeczy.



W Almanachu bez zmian

 

 

Miszczak & Nowak o piątej edycji Kroków w nieznane

 

Jakub Nowak: Kroki w nieznane 2009: reaktywowanej jakiś czas temu antologii odsłona piąta. I jednocześnie druga – to drugi tom pod redakcją Mirka Obarskiego. Jak pamiętamy, przed rokiem było w porządku, choć treściowo i formalnie raczej zachowawczo. A teraz?
Ciekawie jest już na pierwszy rzut oka – drużyna zebrana przez selekcjonera Obarskiego robi wrażenie: starzy wyjadacze i młodzi zdolni, m.in. Kress, McDonald, Silverberg, Willis, Egan, Kosmatka i Bacigalupi. Ale, jak głosi stare (i mądre) piłkarskie powiedzenie, to nie nazwiska grają, ale ludzie. Jak tym razem poradził sobie team Solarisu?

 

Andrzej Miszczak: Zabawne, że używasz terminologii piłkarskiej, bo sam taką chciałem właśnie się posłużyć. Mam bowiem takie skojarzenie, może fajne, może nie, ale nieodparcie nasunęło mi się po skończonej lekturze tomu. Mianowicie, w lutym piłkarska kadra często jeździ na ekstrawaganckie tournée, a to do Azji, a to do Ameryki. Sens takich wypadów jest często kontestowany, ale trenerzy bronią ich jak niepodległości. Jakieś gwiazdy niby w tej kadrze się znajdują, ale że pora zimowa, są one w formie delikatnie mówiąc średniej. No właśnie, czytając nową edycję Kroków w nieznane nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w tomie też są gwiazdy, ale w formie dalekiej od optymalnej.

 

JN: Wymyśliłem sobie – nie wiem, czy nie zbyt wysilony – punkt wyjścia dla tej rozmowy. Wydaje mi się, że jest pewien ciekawy wspólny mianownik dla, jeśli nie całości książki, to przynajmniej dla sporej jej części. Po pierwsze: duża liczba tekstów w zbiorze to opowiadania oparte na kapitalnych pomysłach. A pomysł – wiadomo: w fantastyce często kluczowy, szczególnie w opowiadaniach, gdzie mniej miejsca jest, by się rozpędzić z fabułą czy kreacją bohatera(ów). W krótkiej formie nie ma czasu na długie podchody, trzeba się streszczać, by z czytelnikiem dać sobie radę, toteż autor (wiem, wiem, nie każdy, nie zawsze) próbuje trafić czytelnika lewym prostym konceptu, stara się szybko rozłożyć go na łopatki, mieszcząc się w tych kilkudziesięciu tysiącach znaków, z których lepi opowiadanie. Fantastyka to przecież uczta wyobraźni, zatem: smacznego, wyobraźnio, paś się konceptami.

I, powtórzę, właśnie na poziomie pomysłów całkiem sporo tekstów w nowych Krokach… wygląda dobrze, albo i lepiej niż dobrze. Choć bywają problemy z ich rozwinięciem, wykorzystaniem. Ale nie uprzedzajmy faktów.

 

AM: Pomysł jest ważny, ale i z najlepszego pomysłu autor-lebiega nie wyciągnie wiele...

 

JN: Przyjrzyjmy się bliżej tekstom. Weźmy Proroka z wyspy Flores Teda Kosmatki, autora Śmiercionautów, najjaśniejszego punktu zeszłorocznych Kroków… (choć biorąc pod uwagę nastrój opowiadania słowo najjaśniejszy niezbyt do niego pasuje). Fabuła opowiadania osadzona jest w alternatywnej rzeczywistości, w której kreacjonizm, nie darwinowska ewolucja stanowi dominujący paradygmat w postrzeganiu rozwoju świata. Koncept świetny – inteligentny, dający wiele możliwości, jednak totalnie niewykorzystany. Autor marnuje go, bo się śpieszy: na przemian referuje założenia wymyślonej przez siebie rzeczywistości i fabularyzuje ją podsuwając czytelnikowi kolejne sceny, nie dbając o tempo, napięcie (choć druga część tekstu to w zamierzeniach autora rzecz sensacyjno-przygodowa) czy logikę rozwiązań fabularnych (kuriozalny pomysł głównego bohatera na skrytkę). Czyli odwrotnie niż w opowiadaniu Kosmatki sprzed roku – tam fabuły było na lekarstwo, rządził niesamowity nastrój, dojmujący, dołujący klimat. Tu jest fajny intelektualny punkt wyjścia, niestety, w dużej mierze spalony, bo popsuty fabularnie, rozmyty w słabej niby-przygodówce.

 

AM: Koncept świetny, lecz już niezbyt oryginalny. Chiang z Siedemdziesięcioma dwiema literami, Dukaj, Farmer, te nazwiska nasuwają się, kiedy mówimy o tekstach, w których rzeczywistość świata przedstawionego zdeterminowana jest jakimś światopoglądem, z którego robi się tego świata mechanizm. Ale, rzecz jasna, póki takie zagrania nie zostaną do cna wyeksploatowane, jeszcze przez jakiś czas będą satysfakcjonować. No i skrytka była całkiem niezła... Fakt, byłem lekko zawiedziony po lekturze Proroka..., pamiętając Śmiercionautów, niemniej jednak to sprawnie zrobiona rzecz, choć ten pośpiech, o którym wspomniałeś, wpływa na recepcję tekstu.

 

JN: Śpieszyła się też, paradoksalnie, Nancy Kress, w swoim Zbawicielu. Piszę: paradoksalnie, bo to jeden z dłuższych tekstów w antologii. Kress gra motywem kontaktu – na Ziemię trafia „obiekt”, prawdopodobnie statek obcych, ląduje i… tyle, nie ma jakiegokolwiek porozumienia, po prostu trwa, schowany za nieprzeniknioną dla ludzi barierą. Autorka sugeruje, że obiekt czeka. Na co? Rozwiązanie przynosi koniec opowiadania, a przybysz czekać musi naprawdę długo. Kress dzieli bowiem tekst na kilka części, ilustrujące historię Ziemi: jej cywilizacyjny upadek i wygrzebywanie się człowieka ze świata zdemolowanego techno-apokalipsą. I te obrazki są naprawdę interesujące, pełne ciekawych scenografii, chyba ważniejszych niż kolejne fabuły. Tyle że to historia do rozpisania na pięciuset, nie pięćdziesięciu stronach. Opowiadanie sprawia wrażenie konspektu czegoś większego. Jednak trochę szkoda, mimo przyjemności z lektury.

 

AM: Kress dała ciała wstawiając komunikaty kończące poszczególne części opowiadania. One niestety zdradzają, że na coś czekamy. A kiedy zaczynają się harce z nanoreplikatorami, wiadomo, że statek czeka na określony poziom technologiczny otoczenia. Stawiałem na jakieś fiku-miku z posthumanizmem, jakąś transformację w byty cyfrowe, ale chodziło o coś nieco innego. Troszkę przeczuwałem jak to się skończy, ale mimo wszystko opowiadanie na tle całości zbioru mieści się spokojnie powyżej średniej. No dobra, ale Ty chciałeś pokazać te znakomite pomysły stojące u źródeł tekstów z tegorocznych Kroków... Słucham zatem.

 

JN: Tony Ballantyne (Nowy rozdział): znów motyw kontaktu (który jest bodaj najczęściej powtarzającym się tematem opowiadań zebranych w Krokach 2009). Ale wymyślony sporo ciekawiej niż u Kress: ludzie chętnie zarażają się od obcych kolejnymi chorobami, bo te poszerzają – na różne sposoby – ich percepcję, dają nowe możliwości. Ale oczywiście musi być coś-za-coś: każda kolejna „choroba” odkształca, wykrzywia człowieka coraz bardziej, wykrzywia i ubezwłasnowolnia. Plus rozpad rodzinnych więzi, oglądamy atrofię związku. Choroby obcych, przekazywane ludziom jakby mimochodem i niby bezinteresownie, metaforą narkotyku?

 

AM: To opowiadanie jest „pasterskie”, chodzi bowiem o podtrzymanie pewnego rodzaju żywego inwentarza... Hm, no może to i nośny pomysł, mam jednak wrażenie, że Polak napisałby to lepiej. Wyobraź sobie korowody z NFZ, który chorobę o nazwie „niebieskie szkło” refunduje w województwie pomorskim, a w śląskim nie. Tam bowiem za terapie niestandardowe uznawane są te, które leczą z „niezapominajki”. To jest dopiero koncept, w którym można się wyszaleć! Pomysł zatem uważam za niewygrany do końca.

 

JN: Inne dobre pomysły? W antologii zwracają uwagę dwie postmodernistyczne zabawy. Ta lepsza to Duma i Prometeusz Johna Kessela – Jane Austen zremiksowana z Mary Shelley: stylowa zabawa konwencją (czy raczej: konwencjami), urokliwa i dobrze przetłumaczona. I druga, znacznie gorsza, choć oparta na kolejnym świetnym pomyśle. Aleksiej Kaługin w Syndromie Łazarza oddaje głos bohaterowi tytułowemu, zastanawiając się, co mogłoby się z nim dziać po jego powrocie do żywych. Zdecydowanie jeden z najgorszych tekstów w zbiorze, prostacki i łopatologiczny, z tępą, tchórzliwą postacią Jezusa.

 

AM: Kessel jest znakomity. Z kolei tekst Kaługina, będący swoistym apokryfem... Sam nie wiem. Powinien mi się przecież podobać. Jest nutka herezji, szczypta bluźnierstwa, ale całość przyrządzona jest w sposób wysoce niestrawny. To zresztą kolejny przykład nieudanego opowiadania religijnego wyselekcjonowanego przez Mirosława Obarskiego. W zeszłym roku narzekaliśmy na gniota MacLeoda, teraz kolejna klapa. Nie ma selekcjoner ręki do tekstów z religią na pierwszym planie. Zdecydowany minus tego zbioru.

 

Kroki w nieznane 2009 - okładka

 

JN: Ewidentnie złych opowiadań jest zresztą więcej. Dom Maga Meghan McCarron to bełkotliwa, mętna historia, nafaszerowana Freudowską symboliką i niuejdżowymi motywami – fascynacja dziwacznym magiem jako alegoria (seksualnej?) inicjacji i dojrzewania do dorosłości.

I drugi słaby tekst, autorstwa, tu niemiłe zaskoczenie, Connie Willis (Usiądźcie wszyscy wraz). Kolejny raz (i nie ostatni w zbiorze!) o kontakcie z obcymi, tym razem w wersji light. Miało być zabawnie, miło, ciepło i w klimatach bożonarodzeniowych: kolędy, dziecięcy chór występujący w, a jakże, centrum handlowym, mili młodzi bohaterowie, ewidentnie mający się ku sobie i zagadka: czemu kosmici reagują tylko na pewien specyficzny komunikat? Lektura łatwa i przyjemna, której ekranizacja spokojnie mogłaby śmigać w polsatowskiej ramówce w bożonarodzeniowe dopołudnie (Sandra Bullock w roli głównej). Tyle że całość nieśmieszna i nudna. Słabizna.

 

AM: Matko, ale mnie ta Willis zniesmaczyła. Nie wiedziałem czy mam się śmiać, czy płakać. W każdym razie lektura tego tekstu zasiała we mnie zwątpienie, co do zakupu dwutomowej edycji opowiadań Willis, którą właśnie rzucił na rynek Solaris. Kupiłem, ale z drżeniem rąk. I to taki numer mi wywinęła po bardzo dobrym Ostatnim Winnebago z zeszłorocznej edycji. Zresztą, trochę niefajnie to mówić w okolicach 8 marca, ale panie (dla mnie z wyjątkiem Kress, o której powyżej) nie pokazały swoich wszystkich walorów. Kiepściutko to wyszło.

Obok tekstu McCarron przeszedłem jakoś obok, w ogóle mnie nie przejęły losy bohaterki, miałem wręcz wrażenie, że chodziło o opisanie jakiegoś takiego fajnego trójkącika, z magiem i panią magową, i nic poza tym. Podobnie kiepskawo oceniam opowiadanie Rachel Swirsky. Ludzie i bogowie razem. No niby powinienem to łyknąć, ale stanęło w gardle. Tekstu Julii Ostapienko w ogóle nie dałem rady skończyć. Błagam o coś fajniejszego ze Wschodu... A jak już o słabościach zbioru to wrzucę tutaj Silverberga. Stary mistrz zawiódł, pokazując rozciągniętą niepotrzebnie space operową wariację na temat Baśni z 1001 nocy. Nieprzekonujące to i nudne, wkurzało już w zbiorze New Space Opera, w którym miało premierę, a tutaj to wrażenie się we mnie jeszcze utrwaliło. Zresztą, to kolejna analogia do zeszłorocznych Kroków... Jak pamiętasz narzekaliśmy tam, że megagwiazda, jaką był Wolfe, zawiódł na całej linii. Tutaj jest podobnie. Chyba największe nazwisko i mocno niesatysfakcjonujący niewypał. Przytoczone przez ciebie na początku piłkarskie powiedzenie, że nazwiska nie grają, pasuje tu znakomicie.

 

JN: Za to naprawdę dobrze wypada w zbiorze fantastyka nieortodoksyjna, ciążąca ku mainstreamowi. Teksty Gustavo Nielsena (Marvin), Howarda Waldropa (Szkaradne kuraki) czy nawet Erica Browna (Przyjęcie pożegnalne) to opowiadania bardziej obyczajowe niż gadżeciarskie, pisane w starym stylu i koncentrujące się na bohaterach. Co ciekawe, wszystkie dzieją się na jakichś peryferiach – szkoła na prowincji, lokalna knajpka albo totalne zadupie gdzieś w stanie Mississippi. Najlepszy z tej trójki jest chyba Waldrop, naprawdę zabawny i jednocześnie najmniej fantastyczny, opisujący pogoń narratora za od dawna wymarłym (?) gatunkiem niespecjalnie urodziwych ptaków.

 

AM: Pełna zgoda. Najsłabszy w tym zestawie wydał mi się Brown, bo przeczuwałem, że ten koleś jest nie do końca w porządku. Znaczy, jedna z postaci Przyjęcia..., a nie Brown. Waldrop fajny. Z humorem i świetnym warsztatem można wiele zdziałać. No, a Marvin jest w ogóle przecudny. Kiedy wyobrażałem sobie tytułowego bohatera na motocyklu, to wiesz kogo miałem przed oczami? Pozdrawiamy Cię, Michale... No, ale to takie lajtowe teksty, z peryferii science-fiction, a przecież są w tomie killery z gatunku twardej SF.

 

JN: No właśnie. Niestety, o tekście Egana (Gloria) nie pogadam. Ma świetny, wystrzałowy początek – efekciarski opis międzygwiezdnej podróży. A potem… trudno powiedzieć, bo w moim egzemplarzu Kroków… brakuje 20 stron, nie mam więc pojęcia jak kończy swój tekst Egan... Cóż, mówi się trudno.

 

AM: Tak, Egan zaczyna mocarnie. Ale wiemy, że mężczyznę poznaje się, itd... Mamy tutaj kontakt dwóch cywilizacji, z których jedna wyprzedza drugą o wiele długości, jednak muszą one połączyć wysiłki w poszukiwaniu śladów prastarej cywilizacji, która przez miliony lat swego istnienia dorobiła się jakiejś arcyzarąbistej matematyki. Na planecie zamieszkanej przez gadopodobną rasę sytuacja jako żywo przypomina naszą rzeczywistość z czasów zimnej wojny. Tamten świat jest właśnie w przededniu wybuchu otwartego konfliktu. Tekst na pewno dobry, ale Luminous z poprzedniej edycji Kroków... podobał mi się bardziej. Nie jest to w każdym razie mój numer jeden tegorocznego tomu...

 

JN: No właśnie. Ja też na koniec zostawiłem moich tegorocznych faworytów. Pierwszy to Mała bogini Iana McDonalda, opowiadanie ze świata powieści Rzeka bogów (wydanej właśnie przez Maga). Opowiadanie, które spokojnie można określić mianem postcyberpunkowego, wczesnogibsonowskiego jeśli chodzi o metodę: autor konsekwentnie ekstrapoluje obecne trendy, umieszcza akcję w ultrastechnicyzowanych Indiach, zderzając ze sobą techno z wielowiekową tradycją, świat władzy i pieniędzy z kulturą ulicy. Plus świetny styl i tempo – McDonald pisze literaturę. A Mała bogini wywołuje apetyt na Rzekę bogów.

 

AM: Wtrącę się, aby w pełni się z tobą zgodzić. Mała bogini jest świetna, a Rzeka bogów już stoi u mnie na półce. Opowiadanie jest dobrze zbalansowane między techno a etno, przez co intryguje settingiem, fascynuje i wsysa czytelnika.

 

JN: Drugie bardzo dobre opowiadanie, może nawet lepsze od tekstu McDonalda to Ludzie piasku i popiołu Paolo Bacigalupiego. W pewien sposób podobne do wspomnianych już wcześniej Śmiercionautów Kosmatki sprzed roku. Głównie ze względu na zimny i jednocześnie mroczny klimat. Fascynująco pokazani postludzie – przerażający, bo zupełnie nieintencjonalnie okrutni wobec spotkanego psa. Mocna rzecz, w której człowiek (?) torturuje mimochodem, przypadkiem albo z ciekawości, długo zupełnie bez świadomości, że zadaje ból czy nieodwołalne fizyczne szkody. Plus dobry zabieg formalny autora, który niemal nie obudowuje fabuły scenografią: żadnych szerokich planów, jedynie zbliżenia na kilkoro bohaterów, na ich cielesne uszkodzenia, bez wysiłku rekonstruowane w przypadku człowieka i zaskakująco (dla bohaterów) trwalsze w przypadku psiego ciała. Klinicznie oszczędna relacja, bez niepotrzebnego psychologizowania. Zimna, wstrząsająca rzecz, mocne, podane na chłodno obrazy, prowokujące do pytania, czy empatia stanowi warunek konieczny dla człowieczeństwa. Rewelacyjna proza i jednocześnie samo sedno science-fiction.

 

AM: Ja to źle zniosłem. Miałem wrażenie, że autor bawi się w zabawę pod tytułem „Co by tu jeszcze pokazać, żeby zilustrować, jak bardzo postludzko-nieludzcy jesteśmy. O, mam! Zjedzmy trochę piachu, albo odetnijmy sobie ręce”. Takie epatowanie syfem (post)ludzkim dla samego epatowania. Nie kupiłem tego, w związku z czym, znając dwa teksty Bacigalupiego (drugi to Hazardzista z NF) pytam się, co w nim jest takiego wow, że się go wychwala pod niebiosa niemalże? Dla mnie pozostałe dwa miejsca na pudle biorą Kress i Kosmatka ex aequo z Kesselem.

Trzeba by to jakoś podsumować, nieprawdaż? Powiem tak: generalnie kierunek sf-owy jest słuszny. Redaktorze, wydawco, idźcie tą drogą! Mankamentem jest brak dobrej prozy okołoreligijnej. Bo jeśli ma być, to niech będzie staranniej wybrana, podobnie jak część rosyjska. Oceniłbym ten tom troszkę niżej niż zeszłoroczny (który w sumie też ukazał się w 2009 r.), ale i tak warto mieć go w swoich zbiorach.

 

JN: W trakcie lektury miałem mieszane uczucia, złoszcząc się na autorów za niewykorzystywane do końca świetne pomysły. Ale piąta edycja Kroków… chyba nie pasuje jednak do mojej tezy – ten zbiór to sporo więcej niż kronika niewykorzystanych konceptów. O ewidentnych kiksach szybko zapominamy, zostaje kilka naprawdę dobrych opowiadań – te wymienione przez ciebie powyżej plus Bacigalupi, dla mnie jednak najlepszy. Wiem, że momentami efekciarski, ale jednocześnie skuteczny: najbardziej obcy okazali się w piątych Krokach… Ludzie piasku i popiołu. Podsumowując całość (cykliczna formuła antologii sprawia, że tego typu porównania nasuwają się same): nie jest jakoś lepiej, niż rok temu, nie wydaje mi się też, by było gorzej.

 

AM: Pytanie, co dalej, w którym kierunku pójdzie ta inicjatywa. Pytanie zasadne, bo wszystko wskazuje na to, że Kroki w nieznane przestaną być monopolistą w zakresie antologii z zagraniczną prozą na naszym rynku. W zapowiedziach zbiór Powergraphu, no i inicjatywa wydawnictwa Copernicus, który wydało dwie antologie w wyborze George’a Manna. Nie czytałem ich jeszcze, ale konkurencja Solarisowi wyrosła znienacka. Trzeba będzie się naprawdę starać w przyszłości.

 

JN: Plus wydawana przez Powergraph polska edycja „Fantasy & ScienceFiction”, gdzie za przekłady odpowiada poprzedni redaktor Kroków…, Konrad Walewski. Poczekamy, poczytamy, zobaczymy. Powinno być interesująco.

 

Rozmawiali Jakub Nowak i Andrzej Miszczak

 

Kroki w nieznane 2009

Redaktor: Mirosław Obarski

ISBN: 978-83-7590-044-6