Creatio Fantastica # 26
Creatio Fantastica XXVI
Bez wstępu. Oby do rzeczy.
Miasto dusz – Wojciech Szyda (Zysk i s-ka)
Miasto dusz to powieść zbudowana na odwróceniu znanego z kryminałów schematu: w miejscu zbrodni zamiast ciała zostaje porzucona dusza. Dzięki Kodeksowi praskiemu, tajemniczej księdze sprzed wieków, ludzie opanowali technikę wydalania dusz. Pragną wieść życie bez metafizycznych obciążeń. Reakcją jest powstanie Policji Eschatologicznej - specjalnego zakonu mającego powstrzymać falę bezduszności. Brat Tymoteusz, młody funkcjonariusz, zaczyna mieć dziwne sny. Nie pamięta własnej przeszłości, nie zna nazwy miasta. Otrzymuje zadanie przeniknięcia w struktury bezdusznych. Wtedy rzeczywistość wokół niego zaczyna się kruszyć, konflikt narasta, sytuacja się komplikuje, podziały przestają być zrozumiałe - świat drży w posadach, a wszystko zmierza do kulminacji: Nocy Wolności zwanej też Bitwą o Dusze.
Wtedy spadną wszystkie maski...
Czy istnieją granice wolności? Czym naprawdę jest Miasto Dusz? Gdzie jest prawda, a gdzie kłamstwo?
Odpowiedź kryje się w jednym tajemniczym słowie: KAMPURGARD.

Wojciech Szyda, Miasto dusz
Data wydania: 24 czerwca 2008
Stron: 252
Oprawa: broszurowa
Format: 135X205
ISBN: 978-83-7506-186-4
Wydawca: Zysk i s-ka
Wojciech Szyda - rocznik 1976. Mieszka i pracuje w Poznaniu, z zawodu jest radcą prawnym. Związany z klubem fantastyki „Druga Era", pomysłodawca i współtwórca fanzinu „Inne Planety". Debiutował w 1997 r. na łamach Nowej Fantastyki głośnym opowiadaniem Psychonautka. Publikował także w czasopismach (np. Feniks, Science Fiction, Magazyn Fantastyczny) oraz w antologiach (Wizje alternatywne, Młode Wilki Polskiej Fantastyki). Wydał dotychczas dwie książki: inspirowaną Borgesem i Boską Komedią powieść Hotel „Wieczność" (2005) oraz zbiór opowiadań Szlak cudów (2006) - tytułowe opowiadanie otrzymało nominację do Nagrody im. Janusza Zajdla. W swojej twórczości często łączy chrześcijańską metafizykę z motywami science-fiction, odważnie eksperymentując na ideach, hipotezach i teoriach (religijnych, filozoficznych, cywilizacyjnych) - czego najlepszym przykładem i zarazem zwieńczeniem jest najnowsza powieść Miasto Dusz.
FRAGMENT:
Czuł, że wędrówka dobiega kresu. Miejsce ze wspomnień powinno być gdzieś w pobliżu. Wspiął się na wzgórze i jego oczom ukazała się rozległa równina oświetlana przez księżyc.
Rozległe nieużytki, zapuszczone i zarośnięte połacie gruntów. Zaledwie kilka kilometrów za miastem, a stanowiły już odrębny świat, niemal nie tknięty ludzką ręką. Wysokie trawy falowały, łuszcząc się niczym fale. Łatwo było utopić w nich nadzieję.
Skojarzenia Tymoteusza były potrzaskane jak ruiny, których szukał. Odzwierciedlały samopoczucie wędrowca. Nawet blask gwiazd przygnębiał. Konstelacje niczym nalot pleśni rozmazany na nieboskłonie - równie chaotyczny jak jego myśli, poplątany jak jego losy.
Policja Eschatologiczna stanowiła skrzyżowanie zakonu z prokuraturą. Opierała się na zasadzie hierarchicznego podporządkowania. Stojący na czele generał-komendant miał pod sobą prowincjałów przewodzących Komandoriom, którzy z kolei sprawowali nadzór nad przeorami kierującymi pracą najniższych jednostek: klasztorów policyjnych. Reprezentacyjnym pomieszczeniem każdego klasztoru była komenda-bazylika.
Patrząc na miasto z lotu ptaka widziało się Komandorię - plamę otoczoną pierścieniem bazylik, które zdawały się wieżami strażniczymi samotnej wyspy. Brudne wody metropolii, zatrute ściekami zachłannego konsumpcjonizmu, oblewały zewsząd linię brzegową tej placówki Civitas Dei na Ziemi. W ten sposób miasto posiadało duszę - niewidzialny trzon istnienia. Ciemne fale rozbijały się o jej mury, odpływając ku grzesznym źródłom miejskiego życia, które nawet za dnia przesiąknięte było kultem Nocy, wampirycznym hedonizmem, podsycanym przez coraz liczniejsze zastępy bezdusznych.
Dziewczyna nazywała się Cohen Levin. Miała dwadzieści trzy lata i chciała należycie przygotować się do despirytualizacji.
Wspomnienia. Im głębiej sięgała pamiecią, tym bardziej rozumiała swoją decyzję. Starała się prześledzić drogę, jaką przeszła, zanim postanowiła wydalić duszę. Kiedy człowiek zaczyna rewidować swój system wartości? Najczęściej w okresie dojrzewania - stwierdzenie banalne, lecz prawdziwe. Młodzieńcze bunty prowadzą do najistotniejszych przewartościowań. W jej przypadku było tak samo - gdzieś pomiędzy pierwszą miesiączką a pierwszym seksem postanowiła określić się na nowo: odrzucić to, co wydawało się głupie, a resztę zostawić - jako podkład dla nowych doświadczeń, wrażeń i stylów życia, z którymi eksperymentowała, dla testowanych światopoglądów. Lecz co konkretnie skłoniło ją do decyzji o porzuceniu duszy? Na pewno było coś takiego. Próbowała znaleźć w pamięci jakiś szczegół - osobę, wydarzenie, film lub książkę, własne przemyślenia lub rozmowę z kimś bliskim - impuls detonujący wewnętrzną rewolucję... Schodziła coraz głębiej, spirala czasu cofała się do samych początków... Na pewno nie byłaby sobą, gdyby nie pewien podarunek sprzed lat. „Kodeks praski". Była nastolatką, gdy świat przechodził kolejny przełom - jego skutki mogła docenić dopiero, gdy po ucieczce z domu dostała prawdziwą szkołę życia. W sumie zadecydował przypadek.
Tim i Harper osłupieli. Bloody Soulless. Krew z sokiem pomidorowym, wódką i sosem Tabasco. Krew zbierano do specjalnych naczyń podczas obrzędów despirytualizacji - z ran przeciętych ostrzem noża zwanego przez bezdusznych „otwieraczem do konserw". Kątem oka mogli zauważyć, że są teraz bacznie obserwowani przez towarzystwo. Czyżby przechodzili test? Nie mieli wyjścia - musieli wypić. Starali się zachowywać naturalnie, jakiekolwiek oznaki zdziwienia byłyby teraz podejrzane. Unieśli szklanki prawie równocześnie, stuknęli się i łyknęli drinka. Słodka nuta przebijająca spod smaku drinka musiała być krwią. Niestety, wciąż dawało się ją wyczuć. W dodatku posmak zostawał na języku. Harper uratował sytuację, wyciągając papierosy. Zwykłe, tytoniowe. Tim musiał zapalić.












